BógZaparzył herbatę. Zwykły, zleceniowy robotnik, po robocie. Gdzieś około pólnocy i chyba był to czwartek. Później napił się piwa i zasnął. Herbata wystygła.Rano znowu dniówka, a kubek z herbatą stoi na parapecie, w starej, zaniedbanej kuchni. On jutro o niej zapomni, a nową może zaparzy w tamtym szarym kubku po lewej. Wczoraj nie chciał jej pić.
Na tu i teraz, tak normalnie, bo teraz jest dzisiaj.
Za tydzień czy dwa będą kolejne jutra zamieniane na tu i teraz.
Kubek nadal stoi, a on czasami na niego zerknie, ale już nie chce tej herbaty, z której powoli wyparowuje płyn i zostają fusy. Wczoraj strzepnął tam popiół i obiecał sobie, że jeszcze chwilę ten kubek zostanie na parapecie, a po jakimś czasie go wymyje.
Pojawiła się najpierw pleśn, potem małe żyjątka. Planeta fusów, które zaczęły żyć.
A on nawet nie wiedział, że jest dla nich bogiem, że przez ten czas opiekował się i pielęgnował to życie. A ono sobie tam istniało. Być może wierzyło w niego, może swoim rozrostem i pragnieniem przetrwania oddawało mu cześć...
Wczoraj podszedł do kubka, z obrzydzeniem popatrzył na świat, który stworzył.
Wziął kubek do ręki, w środku przez chwilę zrobiło się ciepło. Życie wewnątrz było szczęśliwe, wszak dotknął je sam bóg.
Bóg postawił kubek do zlewu. Nalał płynu do naczyń, chyba nawet znanej marki. Zalał gorącą wodą.
Zniknęło kolejne życie bez szans...
Janusz Maciejowski