MAGAZYN REPORTERSKI | WYDARZENIA | REPORTAŻ | PUBLICYSTYKA | PREZENTACJEMaj/Czerwiec 2012 nr 5/6 (62/63)

Wyrzut sumienia Franciszka Kani /odc. 1/



Janusz MaciejowskiHistoria, którą opisuję, zdarzyła się trzydzieści pięć lat temu i miała swój epilog w sądzie rejonowym. Dla Franciszka Kani kilkuletni pobyt w więzieniu był wybawieniem od wymierzenia mu kary przez mieszkańców wsi. Czyn jego, po jakimś czasie, ludzie wyrzucili z pamięci, niczym cuchnący śmieć. Tylko on skazany jest na pamiętanie i żałowanie tego, co zrobił. Franciszek Kania ma dzisiaj sześćdziesiąt lat i życie ułożone. Po pracy zjada obiad, który żona ugotuje, przeczyta lokalną prasę i przed telewizorem drzemie do wieczora. Codzienny rytuał ulega zakłóceniu, gdy przyjeżdżają w odwiedziny dzieci z rodzinami. Rozwrzeszczane wnuki naruszają spokój, a córka i syn niezmiennie namawiają do sprzedaży domu i kupieniu małego mieszkania w Otwocku, by być bliżej nich. Nie zgadza się, bo ten dom z ogródkiem jest dla niego czymś więcej, aniżeli tylko miejscem zamieszkania. Jest wyrzutem sumienia…

Na sali rozpraw jest ciasno i gwarnie, niczym na odpuście czy targowisku. Jaskrawo ubrane kobiety rozsiadły się szeroko i pewnie. Są przecież wśród swoich kum, kumów i z chłopami, choć ci nerwowo miętoszą w sękatych dłoniach kaszkiety. Cała wieś przyjechała, zostawiając zagrody bez niczyjej opieki. Nie często tak bywa, i to pod koniec lata, gdy pracy na polach jest dużo, a i w gospodarstwie niejedno trzeba zrobić. Ale taki był mus. Przyjechali po sprawiedliwość. Załatwić sprawę. Swoją osobistą, choć w sądzie są tylko widzami. Jednak nie potrafią spokojnie słuchać i patrzeć. Pokrzykują, pokazują palcami i wygrażają pięściami mężczyźnie, który siedzi skulony i ubrany po miejsku, w kraciastej koszuli i krawacie. Jest inny, choć na twarzy ma wypisane pokrewieństwo. Miasto go tylko wygładziło i zmieniło odzienie.
Milicjanci, którzy siedzą po obu jego stronach, nie mają spokoju. Co chwilę muszą uspakajać i hamować poszturchiwania i kułakami wymierzane ciosy, siedzących najbliżej oskarżonego.

- Proszę o ciszę! Otwieram rozprawę przeciwko Franciszkowi Kani, synowi Józefa, oskarżonemu o umyślne podpalenie zabudowań gospodarskich swojej matki, Zofii Kani, oraz nieumyślne spowodowanie jej śmierci. Czy oskarżony przyznaje się do popełnienia zarzucanego mu czynu? - zapytał przewodniczący składu sędziowskiego.

- To un! Morderca! Skazać go… Żeby z takiego spokojnego dziecioka wyrósł taki zbój… Żeby rodzonum matkie… - słuchać z sali nerwowe, urywane okrzyki.
- Panie syndzio! - zaczęła, wstając z pierwszego rzędu ławek kobiecina o twarzy pooranej bruzdami, jak ziemia przed zbronowaniem. - Dziecioki uczom się, żyją w dostatku, pajdy chleba smarują masłem i kładą jeszcze na nie kiełbasę. Zostają w mieście i wyciungają rynce po piniundze. Gdy im nie dać, podpalają i zabijają. Czy tak się godzi? Dlaczego nie dają nam spokojnie żyć. Zofia była mojom kumom, a tyn - pokazała ręką na oskarżonego - wychował się z moim Staśkiem.
- Na śmirć go, na śmirć… - zawołali niemal wszyscy, wygrażając pięściami.
- Proszę o ciszę, bo każę opuścić salę! - stukając energicznie ołówkiem w stół, uspakajał sędzia. - Udzielam głosu oskarżycielowi! - na sali zapanowała cisza. Oczy wszystkich zwróciły się w kierunku prokuratora.
- Wysoki sądzie! Franciszek Kania, syn Józefa, 20 sierpnia ubiegłego roku, przyjechał do wsi Kobiałów pociągiem, o godzinie 20.50. Ze stacji udał się pieszo, trzy kilometry, do miejsca zamieszkania swojej matki, Zofii Kani. Była burza…

Przystanął. Niepewnym, nerwowym wzrokiem rozejrzał się po zagrodzie i poczłapał po kałużach w stronę okna chałupy. Dużą torbę przełożył zmęczonym ruchem z jednej ręki do drugiej. Lekko zastukał w szybę. Cisza. Zastukał ponownie - stanowczo. Po chwili okno ukazało sylwetkę starej, rozespanej, kobiety.
- Kto tam?
- Mamo, otwórz. To ja, Franek.
- Aaa, to ty. Już idę.
Drzwi zajęczały na zardzewiałych zawiasach i lniana koszula matki przylgnęła do mokrego i zimnego płaszcza syna.
- Franiu, przyjechałeś… Mój ty, ty… Chodź do izby. Zaro zapale lampe, to i popatrze na ciebie. Tak dawno nie byłeś.
- Cholerna pogoda. Od trzech dni nie ruszamy z robotą przez te deszcze. Leje i leje. A teraz jeszcze ta burza. Prowadzę niedaleko, bo w Owsiance, budowę szkoły. Robota stoi, to i wpadłem.
- Usiądź, Franiu, na lepce, jeszcze ciepła. Zaro napalę pod kuchnią i usmażę ci jajek na śmietanie. Zawsze lubiłeś je.
- Chętnie zjem. Jestem od kilku godzin w podróży, a jeszcze ta pioruńska droga. Z Kobiałowa szedłem piechotą, bo pociąg opóźnił się, no a przecież autobus, który powinien czekać, odjechał według rozkładu. Granda z tymi PKS-ami, że ludzkie pojecie przechodzi. Jeszcze ta glina i i kałuże na drodze. Cały jestem przemoczony. Od butów do kapelusza.
- Nie byłeś, synku, tak długo…
- Pisałem mamie: jestem bardzo zajęty. W domu jestem też rzadkim gościem. Z Halinką i dziećmi widuję się tylko w niedziele. Domem moim są kolejne budowy. No, ale w niedługim już czasie będę pracował na stałej posadzie. Nie mam sił już tak się tułać, jak bezdomny pies jakiś. W Pacynowie dom sobie budujemy. Już jest pod dachem. Jednak na wykończenie jego brakuje pieniędzy. No, gdyby mama - przerwał, zajęty zdejmowaniem butów i ustawianiem ich na drewnach na ciepłej płycie kuchni - chciała sprzedać tę gospodarkę i przenieść się do nas, to byśmy już za rok skończyli budowę i zamieszkali. Mama by miała swój pokój, a w ogródku warzywa sadziła, może kury hodowała…

- Eee, gdzie ja tam puńdę. Po co mi się przenosić. Jestem już stara…
- Właśnie dlatego. Na miejscu jest ośrodek zdrowia, kościół, sklepy… Wszystko blisko i jeszcze Halinki opieka. Dzieci by mama przypilnowała, na czas do szkoły wysłała…
- Nie, Franiu, nie puńde nigdzie. Masz idz - postawiła na stole przed synem miskę blaszaną z jajecznicą. - Nic więcej w chałupie ni mum. Mnie wiele nie trza. Gdybym wiedziała, że przyjedziesz, to bym kupiła kiełbasy u Waśkowej. Bo wisz, ona tera, po śmierci Józefa, w sklepie robi, a Stasiek, z którym psotowaliście, wyniósł się do Warsiawy. Jest janżynierem i żyje jak pan. Robi tylko pół dnia.
Kobieta podkręciła knot lampy wiszącej na drucie pod powałą i przysiadła na skraju rozesłanego łóżka. Długie, siwe włosy ułożyły się wężykami na ramionach i koszuli. Oczy, osadzone głęboko w pomarszczonej, szarej twarzy, patrzą na syna radośnie i są teraz młode, pełne nadziei, oddania, a może tylko światło z lampy naftowej odbija się i błyszczy w nich.

Mężczyzna pochylony nad miską jadł łapczywie i głośno. Nie podnosząc głowy, omiatał wzrokiem izbę i matkę, która do tego wnętrza, a więc pelargonii rozciągniętych na szybie okna, łóżka z półkolistym przodkiem i tyłkiem, lepki kaflowej przy kuchni i lampy wiszącej na drucie, pasowała bardziej niż on. Matka stworzyła ten dom. Gospodarską ręką pielęgnowała i wrosła w niego wraz ze swoją siłą i młodością.
- Niewiele się tu zmieniło. Wszystko jak dawniej - powiedział odsuwając pustą już miskę.
Do kubka z herbatą nasypał trzy łyżeczki cukru, zamieszał energicznie i głośno siorbnął.
- Wie mama, jak opowiadam znajomym, że są jeszcze domy oświetlane lampami naftowymi, to śmieją się, bo nie wierzą. Mówią, że pod koniec lat 60., w czasach podboju kosmosu, jest to wręcz niemożliwe. Nie mieści im się to w głowach. No, ale my wiemy, że takie domy są.

- Ano są, Franiu - odrzekła matka, podkładając garść chrustu pod kuchnię. - Dwa lata temu, jak przez Bolkowe pole prowadzili linię i stawiali słupy, to poszłam i takiego starszego, chiba kierownika, pytałam, ile by kosztowało założenie u mnie prundu. Obliczył, że dziesięć tysięcy. Nie miałam tyle. Zresztą po co mi światło? Spać chodze, sam wisz, po zachodzie i o brzasku wstaje. We wsi maja wszyscy, a tu, na kolonii, tylko Matysiak.
- A właśnie, co słychać u Teresy Matysiaków? Wyszła za Józka?
- Gdzie tam. W Biebrzach poznała urzędnika z poczty i rok temu wzieli ślub. Wesele było huczne. Pół wsi się bawiło u nich przez trzy dni. Po weselu wyjechali. Matysiak kupił im samochód, to nieroz przyjeżdżają. Ot, kartofli wezmą, śmietany, jajek… Starzy klepia bide, ale są na swoim. Do garów im nikt nie zagląda, bo na wsi wszyscy mają jednako. Nie muszom się wstydzić. Co innego w mieście.
- Cholera, zamokły mi papierosy przez te ulewę.
- Rozścielę ci łóżko. Dać ci, jak zawsze, dwie poduszki? - z troską w głosie zapytała i poczłapała do izby obok z lampą. Wilgotnego papierosa palił w ciemnościach.
- Nie! Odzwyczaiłem się - uśmiechnął się. - Często muszę spać w hotelach robotniczych, a tam specjalnych wygód nie ma. Śpi się byle gdzie i byle jak. Na budowach nie pieścimy się. To trudna i twarda robota. W domu to i owszem, mamy tapczany z wałkami, fotele i szafy na wysoki połysk.
- Wisz, śniłeś mi się którejś nocy - odezwała się matka z pokoju obok. - Kłóciłeś się z ojcem o pole czy o cuś… nie pamintam, ale chiba o pole. Ty chciołeś sprzedoć, a un nie. Później wziun mnie ze sobą i poszliśmy gdzieś daleko. Pokazywał mi porośnięte owsem pole, niby nasze, ale jakieś inne. Stanęliśmy, a ojciec łuskał w rynkach kłosy i smakował ziarno. Czynsto - usiadła na lepce i wpatrzyła się w otwarte drzwiczki kuchni i jakby szukając czegoś w płonących drewnach, zamilkła na chwilę. - Tak, bardzo czynsto, gdy leżę w łóżku nie mogunc usnąć, słyszę jakieś kroki w pokoju. Truchtają to tu, to tam. Ktoś otwiera szafę, przestawia krzesła, nakręca zegar i po chwili wszystko cichnie. Boje się, ale wim, że to ojciec przychodzi.
- Ee, co mama opowiada. Śniło się mamie. Duchów nie ma.
- Franiu, ja słyszałam. Sum!
- Może to gałąź uderzała o ścianę domu, a mama zaraz sobie to stukanie ułożyła w kroki, przesuwanie krzeseł… Ta samotność może mamę wpędzić w chorobę. Po co się tak mozolić z tą ziemią, krowami i koniem, który ledwie zipie. Czy nie pora odpocząć i zapomnieć o tym kieracie? Jest kupiec. Więc sprzedajmy gospodarkę. Wykończymy dom i zamieszkasz z nami.
- Nie, Franiu! - przerwała. - Zimi sprzedać nie moge. Tu we wsi znam wszystkich, a w domu każdy kąt. Doczekam śmierci tu, gdzie z twoim ojcem zaczynaliśmy i sialiśmy pierwsze zagony.
- Mamo, nie mów tak - powiedział z nieukrywaną złością i niedopałek papierosa wrzucił w otwarte drzwiczki kuchni. - Będziesz jeszcze długo żyła i przez swój upór tu męczyła się. Spójrz, jak ty mieszkasz. Waląca i dymiąca się kuchnia, cieknący dach, cuchnąca lampa…
- Oj synku, odwykłeś od tego…
- Nie o to chodzi - nie dał jej skończyć. - Mama ma już 70 lat, a 12 hektarów obrobić to nie takie proste. Sama wiesz. U nas będzie ci dobrze.

Silny grzmot pioruna, który uderzył gdzieś blisko, poderwał Franciszka na nogi.
- Wyjdę zobaczyć, czy nie pali się gdzieś w pobliżu - powiedział i wstał od stołu.
- Nie idź. Ja zobaczę. Ty, synku, jesteś bosy.
Wstała i szybko wyszła. Tak szybko, że aż zdziwił się, skąd w tej starej kobiecie jest tyle siły. Po chwili wróciła.
- Nie, to gdzieś dalej. Ognia w pobliżu nie widać - rzekła, otrząsając mokrą chustę. - Ale leje! Do jutra może się przetrze i wypogodzi. Marciniak, tyn z Piroga, jedzie na jarmark do Okuniewa. Ma zabrać moje jabłka, masło i jaja. Piniundze sum mi potrzebne, by zapłacić ludziom, których muszę nająć do żniw i wykopków. Na odrobek już nie biorą mnie. Jestem za stara i słaba.
Mężczyzna przeciągnął się, aż mu kości w piersiach zachrobotały.
- No, pójdziemy spać. Późno się zrobiło, a wcześnie muszę jechać - zabrał wilgotny jeszcze płaszcz, buty, torbę i poszedł do pokoju.
- Zostaw płaszcz i buty w izbie. Od kuchni i lepki bije ciepło, to i wyschną do rana.
- Mamo, to zawodowy nawyk. Lubię mieć wszystko przy sobie. Dobrej nocy! - powiedział już z ciemnego pokoju.
- Dobranoc, synku. Śpij dobrze. Rano cię obudzę. Czy ugotować ci zacierki na mleku? Lubiłeś je dawniej. Pamiętasz?
- Wszystko jedno, mamo - odpowiedział głośno ziewając.
Spodnie, równo złożone w kant zawiesił na tyłku łóżka, koszulę i krawat ułożył na krześle i wsunął się pod pierzynę.

Deszcz strumieniami spływał po szybie, a błyskawice co jakiś czas napełniały izbę jaskrawym światłem. Franciszek, nie mogąc usnąć, zapalił papierosa i z otwartymi oczami czekał mimowolnie na błysk, by przez chwile zobaczyć jasno oświetlone wnętrze izby: stół przykryty białym papierem, piramidę poduszek ułożonych na sąsiednim łóżku, kufer gęsto wybijany ozdobnymi gwoździami… Przez uchylone drzwi błyskawica pokazała mu też łóżko, na którym teraz leżała matka, a nawet pokazała jej gumowe buty, z którymi nigdy, jak tylko mógł sięgnąć pamięcią, nie rozstawała się. Nawet wtedy, gdy była jeszcze młoda i chodziła, trzymając go za rękę, do wsi po zakupy. Gdy szła do kościoła czy jechała z ojcem na jarmark, nakładała czarne, mocne półbuty i prążkowane pończochy, podtrzymywane wysoko, pod lnianą kiecką, gumkami. Do kolorowej spódnicy przypasywała wełniany fartuch w jaskrawe prążki, a w pochmurne dni okrywała się dużą, wełnianą chustą z frędzlami.

Zrobiło się znów ciemno. Franciszek spojrzał w mokre okno i czekał na błysk.
Niebo zacharczało przeciągle i okno zalało znów światło błyskawicy. Oczy jego znów padły na te same przedmioty i izbę, w której przyszedł na świat i będąc dzieckiem sypiał. Matka nie pozwalał tu brudzić. Życie toczyło się w izbie kuchennej.
Przewracając się z boku na bok, przypomniał sobie, jak to kiedyś uprosił ojca, by zabrał go na odpust. Wieczorem nie mógł usnąć. Myślał, jak to będzie i co kupi. Chłopaki opowiadali cuda o straganach. Że można kupić pistolet na kapiszony, fuzję na korki, paciorki dla dziewczyny… Obudził się o brzasku i wgramolił na furmankę, by ojciec nie zapomniał go zabrać.
Miasteczko oczarowało go bardziej niż stragany przed kościołem. Uliczki, niczym miedze snuły się pomiędzy wysokimi domami, które nie były z drewna jak w jego wsi, a murowane i z dużymi oknami. Po ulicach mknęły samochody osobowe i ciężarowe. W swoim młodym życiu z bliska widział tylko raz samochód, gdy do sołtysa przyjechali urzędnicy z powiatu czarną limuzyną. Zbiegowisko było duże. Nawet dorośli podchodzili, by obejrzeć samochód.

Franciszek, gdy wrócił z odpustu, długo nie mógł zapomnieć o murowanych domach, samochodach i kolorowych wystawach sklepowych, To chyba wtedy postanowił, że będzie uczył się w Technikum Budowlanym i zamieszka w mieście. Nie śmiał jednak z nikim podzielić się tymi planami. I dobrze zrobił, ponieważ ojciec, gdy dowiedział się o jego decyzji, zlał go lejcami i wyklinał, że cała wieś słyszała.
- Nie dość, że dałem ci skuńczyć szkołę - krzyczał ojciec, okładając lejcami po grzbiecie - byś baranie umioł się podpisać na kwicie, to tobie zachciewo się miasta? Kto będzie płacił? Jo nie! - przestał bić syna i tylko ciężko dyszał. Włosy opadły mu kosmykami na czoło, zupełnie tak, jak podczas żniw, gdy ręce są zajęte i nikt nie myśli o poprawianiu włosów, które uciekają spod czapek. Teraz też nie myślał o nich. Splunął pod nogi i roztarł butem. - Tu jest twoje, psia mać, miejsce. Tu, na tej ziemi. Ona, gdy jo umrę, będzie twoja. Ciebie będzie słuchać i tobie rodzić.
Bity, płacząc i niewiele rozumiejąc z tego, co ojciec do niego mówi, zaprzysiągł, że na przekór jemu i matce ucieknie stąd i nie wróci, by paść krowy i klepać kosę przed żniwami.
Ocknął się. Żar papierosa sparzył go w palce. Spetował na podłodze. Tej białej, którą matka szorowała w każdą sobotę.

Błyskawica znów wdarła się przez okno i tym razem Franciszkowi pokazała torbę. Dużą, w czerwoną kratę, w której jest pośród podróżnych rzeczy bombonierka dla matki. Zapomniał jej dać. Cóż, myśli jego zajęte były chęcią przekonania matki o słuszności sprzedania gospodarki. O niczym innym wówczas nie był w stanie myśleć. Tylko o pieniądzach, których bardzo potrzebował na dokończenie budowy domu. - Matka jest uparta - myślał sobie leżąc pod pierzyną. - Ona już nie zrozumie, że można żyć inaczej. Boi się zmiany, a opuszczenie tego domu to dla niej “koniec świata”.

Chociaż - Franciszek podrapał się w głowę i naciągnął poszwę pierzyny na głowę, by nie widzieć światła błyskawic i mebli izby, jak też wspomnień z dzieciństwa. Usnąć jednak nie mógł. Myśli jego kołatały się wokół sprzedaży gospodarstwa i matki, którą należy wyprowadzić.
Piorun, który uderzył gdzieś blisko, poderwał Franciszka na równe nogi. Zapalił zapałkę i spojrzał na zegarek. Dochodziła druga dwadzieścia. Przeciągnął się leniwie, nałożył wilgotne jeszcze ubranie, chwilę postał nasłuchując, czy matka śpi i jak tylko mógł najciszej otworzył okno. Świeże powietrze wtargnęło do izby. Deszcz ustawał. Franciszek wyszedł przed chałupę. Niebo zasnute chmurami wciąż grzmiało i chrobotało.
Przed stodołą wysikał się i przez nie zamknięte na kłódkę wierzeje wszedł do środka. Ułożone w sąsiekach siano i zboże w workach, przywróciło lata dzieciństwa i ojcowski, żołnierski pas.

Deszcz już ustawał. Franciszek, nie mogąc spać, wyszedł przed chałupę. Niebo, zasnute chmurami, wciąż grzmiało i chrobotało. Doszedł do stodoły. Otworzył wierzeje i wszedł do środka. Ułożone w sąsiekach siano odurzyło go. Przypomniał sobie, jak jeździł z ojcem drabiniastym wozem, zbierając snopki z pola, i jak ojciec podczas młócki pozwalał jeździć na kieracie.

Po drabinie wdrapał się na do lewego sąsieka. Z kieszeni wyciągnął zapałki i zagruchotał nimi.
- Muszę tak zrobić, muszę - wmawiał sobie. - Sprzedamy tę zafajdaną ziemię i wykończę dom. Matka zamieszka z nami. Będzie jej lżej.
Pociągnął zapałkę po drasce. Zapaloną rzucił daleko od siebie. Upadła na snopek. Ogień momentalnie rozpełzł się po słomie, sycząc i trzaskając. Niezdarnie, ślizgając się na szczeblach, zsunął się z drabiny i w popłochu wybiegł ze stodoły…

Proszę wyprowadzić oskarżonego. Sąd udaje się na naradę.
Na sali zawrzało. Milicjanci z trudem przecisnęli się z oskarżonym przez rozwścieczony tłum.

Odcinek pierwszy powieści.Ciąg dalszy za tydzień.

fot. Janusz Maciejowski

Przeczytaj także:

Wyrzut sumienia Franciszka Kani /odc. 2/

Wyrzut sumienia Franciszka Kani /odc. 3/


Komentarze

Brak komentarzy.
Napisz komentarz

Imię/pseudonim:


Treść komentarza:
cry tongue sad sleepy mad biggrin confused cool smile happy suprised drool


Kod z obrazka:
Przepisz dwa słowa z obrazka w pole pod nim (bez spacji między wyrazami).

Zapowiedzi

katalog stron Statystyki, katalog stron www, dobre strony internetowe Bookmark and Share dodajdo.com dodajdo.com
więcej »  Komentarzy: 0

Reklama

















Odwiedź Nasz Profil na PlanujemyWesele.pl

więcej »  Komentarzy: 0

REDAKCJA

Redaktor Naczelny:
Janusz Maciejowski
tel. 0-
503670896
e-mail: j.maciejowski@nlt.media.pl

Redaktor Techniczny:
Andrzej Juliusz Gąsowski
e-mail: andgasow@o2.pl


Współpraca:
Krystyn Fok
Andrzej Kamiński
Konrad Koczywąs



Wydawca:
MidMedia
ul. Konopnickiej 8/5
05-400 Otwock


ISSN: 1899-5512
Rejestr dzienników i czasopism nr: III Ns rej. Pr 695/08 (Sąd Okręgowy Warszawa Praga)



Copyright © 2009 New Light Times
designed by Michał Browarski