Pierwszy raz Franciszek odwiedził mnie w kilka miesięcy po wyjściu z więzienia. Usiadł w fotelu, który mu wskazałem w pracowni, bo tak nazywałem piwnicę przerobioną na bibliotekę i zapatrzył się na czapkę, którą miętosił w palcach. Były krótkie, grube i szorstkie. Co chwilę najeżony naskórek czepiał się wełny. Odrywał palce i na powrót miętosił nimi czapkę. Milczałem również. Za oknem leniwie padał, pierwszy tej jesieni, śnieg. Płatki czepiały się szyby, ale natychmiast znikały. Franciszek poprawił się w fotelu, odchrząknął i cicho, nie patrząc mi w oczy, wydusił.
- Dziękuję redaktorze.
Spojrzałem na niego zaskoczony. Podniósł głowę i przestał miętosić czapkę. Nasze spojrzenia spotkały się. Moje zdziwione oczy naprzeciw jego, w których czaiło się zażenowanie, pokryte udawanym spokojem. Nie znalazłem w nich nic więcej. Nie tak, jak trzy lata temu, gdy wpatrywałem się w nie na sali sądowej, gdzie siedział skuty kajdankami i pod obstrzałem gorzkich, a miejscami wulgarnych słów swoich ziomków. Słowa ich skazały go, jeszcze na długo przed odczytaniem wyroku. Siedział wtedy na ławie oskarżonych skulony i z opuszczoną nisko głową. Nie patrzył i odnieść można było wrażenie, że nie uczestniczy w rozprawie. Że jest daleko. Przez ułamek sekundy, gdy przewodnicząca składu sędziowskiego wywołała jego nazwisko, udało mi się spojrzeć mu w oczy. Zobaczyłem w nich wtedy strach, a przede wszystkim wstyd. Dojrzałem też żal. Nie skazałem go, pisząc artykuł do „Trybuny Mazowieckiej”. Opisałem fakty, nie przesądzając, że jest matkobójcą, jak to uczynili koledzy z innych gazet.
Dziś w oczach Franciszka dojrzałem spokój, bo zażenowanie wyniknęło wyłącznie z sytuacji, że jest u dziennikarza, że mu dziękuje, że jest nie w porę, bo niedziela, a przyjechał bez zapowiedzi.
Zmienił się, pomyślałem, patrząc na tego trzydziestoparoletniego mężczyznę. Włosy równo zaczesane na bok, biała koszula, kolorowy krawat i ciemna marynarka. Jedynie wełniana czapka, trzymana w sękatych, spracowanych dłoniach wskazywała, że nie przesiąkł do końca miastem i wciąż tkwi w nim kawałek wioski. Nie wymazały jej studia, życie w akademiku, praca na stanowisku kierownika, w jednym z większych zjednoczeń budowlanych i miętoszenia czapki w paluchach nie wyrugowała miastowa żona.
- Co u pana słychać - zagadnąłem, bo Franciszek nie przejawiał odwagi, by podjąć rozmowę.
- Oj, wiele by opowiadać - odrzekł i jakby się ożywił, ośmielił. - Dużo się zdarzyło złego. Zabiłem matkę. Straciłem pracę. Zniszczyłem dobrą opinię sobie i swojej rodzinie.
- Napije się pan? - zaproponowałem widząc, że facetowi zebrało się na gorzkie wspominki. Sięgnąłem po butelkę Żytniej, która napoczęta stała na półce z książkami, a którą kupiłem niedawno w sklepie Pewex, bo przydziałową, kartkową flaszkę wódki, już dawno w tym miesiącu spożytkowałem.
- Mam coś lepszego - ożywił się Franciszek i z kurtki przewieszonej przez oparcie fotela wyjął flaszkę z czerwoną kartką „Wódka Czysta”. - Sam to wygoniłem. Z przeterminowanych dżemów, które w GS-e chcieli zniszczyć. Przecież to marnotrawstwo i grzech i nie po gospodarsku. Ojciec nic nie marnował. Bimber pędził ze wszystkiego: kartofli, buraków, a gdy nic pod ręką nie było, to także z cukru, który matce podkradał, bo w domu nie przelewało się - wyjaśniał Franciszek i zaczął rozglądać się za kieliszkami. Poszedłem do kuchni.
- Długo ten gość posiedzi? - pytała żona, kończąc obierać ziemniaki na obiad.
- Trochę się zejdzie. Przyszedł pogadać.
- Tylko nie pij dużo. Jutro jedziesz w delegację - przestrzegała. Ukroiłem kilka kawałków kiełbasy, kilka skibek chleba i ze słoja wyciągnąłem kwaszone ogórki.
- No to zdrowie! - Franciszek stuknął w mój kieliszek i zawartość swojego kieliszka jednym haustem wypił, odchylając energicznie głowę do tyłu. Wypiłem połowę i aż mną rzuciło. Przypomniał mi się akademik na „Jelonkach”, gdzie w soboty z kolegami też pędziliśmy. Tyle tylko, że przy użyciu czajnika, który podgrzewaliśmy na kuchence, a dołączoną do dziubka rurkę gumową chłodziliśmy pod kranem. Były duże straty, ale napój boski, a przede wszystkim dużo, dużo tańszy niż monopolka.
- Ale mocne - wykrztusiłem łapiąc powietrze.
- Bimber musi taki być. Musi trzepnąć. W ciupie waliliśmy z kumplami herbatę. Pół kubka fusów i wrzątek. Po kilkunastu minutach, gdy woda naciągnęła i stała się niczym smoła, piliśmy małymi łyczkami. Waliło w sufit lepiej niż gorzała. Pomagało to spokojnie usnąć i nie rozpamiętywać. A każdy w celi miał o czym. Kazik odsiadywał pięć lat za przekręty gospodarcze. Był kierownikiem sklepu mięsnego i kombinował z dostawcami. Janek, kierowca na budowie, wywoził cement i sprzedawał na lewo. Zrobili z niego wroga socjalizmu - Franciszek wyjął z kieszeni spodni pogniecioną paczkę „Popularnych” i zapytał, czy może zapalić. Sięgnąłem po popielniczkę. Zapalił i głęboko się zaciągnął. Część dymu wydmuchał nosem, a część zatrzymał w sobie, jakby błogo rozlewający się narkotyk, czy powietrze przed zanurzeniem pod wodą. Wskazałem na przekąski, ale machnął ręką.
- Przepraszam, że panu głowę zawracam, ale pan był na wszystkich rozprawach w sądzie i moje nieszczęście opisał rzetelnie. Długo zbierałem się po wyjściu z ciupy, nim zadzwoniłem prosząc o spotkanie. Wstydziłem się i nie byłem pewien, jak pan zareaguje. Dziękuję ! - Nalał do kieliszków i nie czekając aż podniosę swój, wypił. Sięgnął po ogórek i przekąsił.
- Nie chciałem matki zabić, tak wyszło - spuścił głowę i chwilę milczał. - Ustał deszcz, a ogień zajął budynek zbyt szybko, by zdążyła uciec. Nie przewidziałem tego. Późno też zebrali się strażacy. I w ogóle wszystko zbyt szybko się stało. I nie potrzebnie. Chyba diabeł mnie podkusił z tym zaprószeniem ognia. A chciałem tylko przyspieszyć jej decyzję o sprzedaży. - Nalał sobie i wypiliśmy.
- Ogień pochłonął wszystko. Dom, stodołę, drewutnię, składzik na narzędzia…Tylko kikut komina sterczał i obora, bo murowana, ale z wypalonym dachem i osmalonymi okienkami. W obejściu jeszcze tylko kierat został i przypominał, że zaprzężony do niego koń, drepcząc w kółko, napędzał młockarnię, przy której w stodole uwijali się sąsiedzi, którzy przyszli na odrobek, a tato wkładał snopki do maszyny.
fot. Janusz Maciejowski
Odcinek drugi powieści.Ciąg dalszy za tydzień.
Przeczytaj także:
Wyrzut sumienia Franciszka Kani /odc. 3/
Wyrzut sumienia Franciszka Kani /odc. 1/
Brak komentarzy.