- Poganiaj rychlej Siwka - usłyszał przez otwarte na oścież wierzeje stodoły głos ojca. - Słoma staje w maszynie. Rychlej, rychlej - nakazywał, nie znoszącym sprzeciwu głosem.
- Toć poganiam, ino kuń ustaje.
- Jeszcze troche zdzierży. Poganiaj.
Stojąc w lnianej, wypuszczonej na portki koszuli, lejcami zaciąłem Siwka. Ruszył on rychlej. Koło zębate kieratu szybciej zaczęło się obracać, a pas transmisyjny tę zwiększoną szybkość koła przeniósł na kółka młockarni.
- Galancie, galancie - stwierdził ojciec, a towarzyszący mu ludzie zaczęli prędzej się uwijać. Snopki żyta, niczym jaskółki, gdy ma się na deszcz, fruwały, a do worków sypało ziarno. Na jednym z nich, z dala od uwijających się chłopów, usadowił się stary Matysiak i zrzędził. A to, że młockarnia zbyt wiele ziarna zgniata i słomę łamie A to, że ongiś większym uszanowaniem darzono żniwa, bo młócono cepami, a ziarno zmiatano z klepiska uważnie, by którego nie przeoczyć, zaniedbać, zatracić. Jedno, co staremu Matysiakowi się podobało do dziś, to gospodarska wspólnota. Dziś przyszedł popatrzeć i wziąć udział w poczęstunku.
Żył samotnie, odkąd mu odumarła żona, a dwie córki wydały się za gospodarzy z sąsiedniej wsi. Nie dojadał zbytnio. Tyle, co mu kto za przysługę, czy z litości sąsiedzkiej, miskę postawił albo zaopatrzył w ochłapy, gdy akurat na świniobicie natrafił. Nie pędzono go, jak przypadkowych dziadów, co to od wsi, do wsi chodzili, węsząc za jałmużną. Matysiak mógł próg każdej izby we wsi przekroczyć, bo go szanowano. Był stary, nieporadny, zawsze w owczym serdaku i czapie baraniej ale dobrze bajał, bo wiele przeżył i napatrzył się.
Słuchano go, bo każdorazowo co innego prawił, umiał doradzić, a i dzieciaki zajmował gadaniem. Pamiętał pana na dworze, bo służył u niego w stajni, a raz to nawet wiózł go bryczką, gdy stangret się pochorował, a rychło trzeba było panu na stację do Sobieszyna się udać. Powoził z kozła i czuł się ważny. Wszystkim we wsi za kielicha opowiadał, jak to pan zagadnął go „co tam u ciebie Matysiak?”
Odpowiedział, że galancie, ino córka Maryśka zległa w chorobie. Pan obiecał doktora podesłać. I za dzień podesłał. Maryśka, co to już z tydzień w gorączce była, po zadanym przez doktora lekarstwie w ciemnej butelce, ledwie za dzień wstała rześka i zdatna do posług. Matysiaka uważano we wsi też za to, że Ryfkę, córkę kramarza od Niemców uratował, bo schronił ją w opuszczonym, dworskim spichrzu, co to odległy był od innych i bardziej przy polach, bo trzymano w nim ziarno na siew, by daleko go nie wozić, gdy pora siewu nadejdzie. Przez więcej jak tydzień, ukradkiem Ryfkę dokarmiał, a gdy Niemcy sobie poszli, wziął ją do chałupy. Po wojnie Ryfka pojechała do swoich. Długo nie dawała znaku o sobie. Kiedyś przyszedł list z Izraela, że jest cała i zdrowa, że dziękuje…W kopercie był też banknot 50 dolarowy, że niby nie w podzięce, ale dla Maryśki i Adeli na przyodziewek odświętny. Na jarmarku w Białobrzegach kupił córkom bluzki, trzewiki i nowe chusty, a dolary ukrył w kuferku, gdzie trzymał kościelne ubranie i ważne papiery.
Matysiak miał swoje pole i dwie morgi łąk. Po wojnie, gdy rozparcelowano majątek dworski, doszło mu jeszcze trzy morgi pola i ze dwie łąk nad strugą. Obrabiał wszystko i żyło mu się całkiem znośnie, a żniwa zaczynano od niego. Później szły za koleją. Od jednego gospodarza, do drugiego, trzeciego, aż kończyły na ostatnim gospodarstwie. Pracowała cała wieś. Nawet starsze dzieci, bo pilnowały i zabawiały młodsze, zebrane w jednej chałupie. Coś im tam śpiewały, gadały i wymyślały różne zabawy.
Gospodyni, u której akurat koszono, czy później młócono, szykowała poczęstunek, tak jak akuratnie teraz matka Franka z kobitami, bo widziały, że młócka już się kończy.
- Zejdźcie Matysiak z worka i pod jabłoń idźcie, za stół - zachęcił Matysiaka ojciec, a mnie kazał Siwka wyprząc z kieratu, napoić i do stajni zagnać. Sam z chłopami worki z żytem do spichrza nosili, a później omietli klepisko i wszyscy pod studnię przeszli, gdzie w szafliku myli się do jadła.
Lubiłem tę naszą, jabłoń. Będąc dzieciakiem w cieniu jej rozłożystych, niczym baldachim gałęzi, bawiłem się. Gdy byłem nieco starszy siadywałem na zydlu i grałem na organkach, co to tatko mi kupił na jarmarku, choć przy tym nagadał się, na wyrzekał, że po co, że zbytek, marnotrawienie grosza, ale kupił, bo na ziarnie zarobił więcej, niż się spodziewał, a że z chłopami w gospodzie wypił gorzałki, dał się uprosić. Grałem siedząc pod jabłonią, bo do roboty nie było mi nigdy pilno. Chyba że ojciec ponaglił i kazał krowy wygnać, albo jechać z nim siano obrócić.
Kiedy nie poganiał, grałem i zapatrywałem się na daleki las, co to za polami majaczył ciemną, nawet w dzień słoneczny, cienką linią, za którą słychać było turkot pociągów. Myślałem o tym, jak wsiadam do niego, jak turkocząc wiezie mnie w nieznany, ale pociągający świat. Jak za oknami zostaje wioska, wciąż niezadowolony ojciec i cicha, potulna, wciąż spełniająca ojca polecenia, matka. Jak w tyle zostają pola, chałupy i krzątających się przy nich, utrudzonych codziennością ludzi, którzy nigdy nie oddalili się od swego miejsca urodzenia dalej, niż do powiatowego miasteczka, gdzie nieraz mus był jechać do urzędu, czy sądu. - Jak tam jest? - dumałem siedząc pod rozłożystą jabłonią. - Inaczej, ale jak inaczej? Jak może wyglądać, to inaczej, jak pachnie i jak się żyje w tym inaczej? Pojadę, zobaczę i wrócę. Bo jak tam żyć? Nie wiem. Tu wiem. Od dziecka, od drewnianej kolebki i od gałki cukru owiniętej w płótno, którą matka dawała mi ssać, gdy płakałem. Mówię to teraz słowami, bo jestem uczony. Wtedy gapiłem się bezwiednie, bezsłownie - głupi chłopak z wygoloną krótko glacą - na odległy za polami las i wsłuchujący się w odgłos turkoczących pociągów. Ckniło się, gdy siedziałem przed odkrytym po zimie kopcem kartofli i z matką oddzielaliśmy nadgniłe od zdrowych i twardych. Ckniło się, gdy ojciec kazał dreptać za Siwkiem w kieracie i ckniło się, gdy ojciec rzemieniem okładał po plecach, bo czegoś tam nie zrobiłem po jego myśli.
fot. Janusz Maciejowski
Odcinek trzeci powieści.Ciąg dalszy za tydzień.
Przeczytaj także:
Wyrzut sumienia Franciszka Kani /odc. 2/
Wyrzut sumienia Franciszka Kani /odc. 1/
Brak komentarzy.