MAGAZYN REPORTERSKI | WYDARZENIA | REPORTAŻ | PUBLICYSTYKA | PREZENTACJEMaj/Czerwiec 2012 nr 5/6 (62/63)

Wyrzut sumienia Franciszka Kani (4)

 

Trochę zazdrościłem Franciszkowi tych malowniczych wspomnień, tak odmiennych od moich, małomiasteczkowych, gdzie dni upływały pośród brukowanych ulic, odpadającego tynku z pożydowskich kamienic, albo drewnianych, na żółto szalowanych domów, wielorodzinnych teraz, w których przed wojną rezydowali bogaci, warszawscy Żydzi.

W Pipidowie puste domy po wojnie zamieszkali małorolni z pobliskich wiosek i Warszawiacy wygnani z odbudowanej, piętrowej Warszawy. Głównie Pragi i Woli. Cwaniacy, co znaczyć miało i znaczyło, że charakteryzuje ich zdolność niezależnego myślenia, sprytu, umiejętności radzenia sobie w każdej sytuacji, a przez nową władzę uznani za wrogów tworzonego socjalizmu. Dlatego ukazywano ich jako złodziei, cichodajki i paserów, co to rodzoną matkę by sprzedali na Parcelaku. Wyrzuceni z ukochanej Pragi, czy Woli do małych podwarszawskich miejskości, jak choćby Pipidów nie zajmowali się niczym i do żadnej pracy, nawet najemnej nie garneli. Koczowali w obskurnych pokojach, pili, awanturowali się i łudzili, że wrócą do swojej Warszawy. Pamiętam Antka. Wysokie, chude chłopisko z oczkami lisa. To u niego zbierali się często inni i pili głośno gadając i wyrzekając na władzę, co to ich przegnała z Warszawy. Antek nie bał się władzy, którą w Pipidowie reprezentowała milicja, która często interweniowała. Wychodził wtedy podpity przed dom do milicjanta, pytał czego, zdejmował wprawnym ruchem czapkę służbową z głowy funkcjonariusza i walił w mordę. Raz, pamiętam, wyrżnął „władzę” patelnią w łeb. Po takim wyrażeniu przez siebie i przyglądających się z aprobatą kompanom założył milicjantowi czapkę i kopniakiem w tyłek dawał znać, że to już koniec widzenia. Czynił to głównie późną jesienią, by sąd go skazał i osadził w więzieniu na zimę, gdzie miał ciepłą celę i michę. Pamiętam też Halinę. Zasuszoną, zawsze kolorowo ubraną Warszawiankę, co to wszystkich w Pipidowie uważała za chamów. Dawała nawet temu wyraz zgoła intelektualny. Była bowiem doroczną zwyciężczynią konkursów czytelniczych, jakie miejscowa biblioteka przeprowadzała, chcąc zachęcić do czytelnictwa. Halina, jak by nie liczyć, najwięcej pożyczała książek. Czytała je całymi dniami na przygórku domu państwa Abramowiczów, gdzie ją władza ulokowała. Nie miała przecież nic innego do roboty, szczególnie wtedy, gdy jej przydupas Nosek wypuszczał się z kumplami na Pragę na kieszonkową robotę. Po dwóch, trzech dniach wracali obłowieni. Świętowali kilka dni pijąc i śpiewając rzewne piosenki.

 

Jedno mieliśmy z Franciszkiem wspólne wspomnienie. Turkot pociągów. W Pipidowie był wiadukt kolejowy, pod którym sączyła się niewielka struga. Siadywałem często na kamieniu pod nim i wsłuchiwałem się w hałas, jaki powodował przejeżdżający nade mną pociąg. Też dumałem, gdzie on zdąża, kogo i po co wiezie. Kto na kogo czeka. I jak tam jest w oddalonej o 30 km Warszawie, bo przez czternaście lat swojego życia, byłem w niej tylko raz. Nie było potrzeby, bo wszystko w Pipidowie było. I szkoła i sklep geesowski i skład węgla, kościół, kino, a także restauracja „Pod sosną”, gdzie głównie spotykali się furmani, by po kilku kursach z węglem, walnąć setę i zakąsić śledziem.

Nieraz tych setek było kilka, więc furmana bardziej trzeźwi koledzy po fachu wrzucali na wóz, a koń, znając drogę, wiózł prosto do domu.

- Pod moją jabłonią, stały już stoły – usłyszałem wyrwany z zamyślenia słowa Franciszka. - Na nich lniane nakrycie i miski. Kiedy wszyscy galancie umyci zasiedli za nimi, matka przyniosła sagan z rosołem i podrobionymi na kawałki kurakami. Do tego chleb, a tato stawiał gorzałkę, najczęściej bimber, bo na sklepową szkoda było grosza. Chłopy, jak sobie podpiły, a nagadały ile wlezie, zaczynali podśpiewywać. Podchwytywały to kobity i do późnego wieczora, bo rankiem iść już trzeba było do kogoś innego pracować, rozlegał się śpiew. A to, „Siadła pszczółka”, a to „Leciał pies”…Rej wodziła zawsze Stańkowa. Ta, co samotnie, bo wcześnie i bez dzietnie umarł Stańko, mieszkała za wsią, a zajmowała się handlem. Ot, zbierała od wszystkich jaja, masło, rąbankę i woziła do miasta. Umiała śpiewać, a nade wszystko opowiadać. Przecież ona jedna odwiedzała miastowych w ich mieszkaniach. Dużo widziała, więc uchodziła we wsi za tą, co to dużo wie na każdy temat. Często radzono jej się w różnych sprawach, a ona nie pogardziwszy kielichem, czy osełką masła, doradzała. Mówiło się, że lepiej prawi, niż sołtys Kazik, czy stary Matysiak. Ona pierwsza widziała z bliska telewizor, a nawet coś w nim oglądała. Tylko dobrze nie wiedziała co, bo jak mówiła, paniusia zagadywała, więc tylko patrzyła w małe okienko. No, ale widziała. I samo to, dawało jej nad innymi wielką przewagę. Czuła się ważna i wielce uczona, ale do czasu, gdy telewizor kupił proboszcz, a po nim sołtys. Rezon całkiem straciła, kiedy telewizory przywieziono do GS-u i sprzedawano na raty przez ORS. Prawie wszyscy we wsi kupili. My nie, bo nie mieliśmy prądu. Kiedy elektryfikowano wieś, ojciec nie zgodził się, by na jego polu monterzy postawili słup. Uparł się i koniec. Nawet sołtys, po cichu wezwany przez matkę, nie zdołał go przekonać, ani też Stańkowa, która popijając gorzałkę, bo kiedy kogoś odwiedzała, należało polać - prawiła, że wstyd, że wyłamuje się, że elektryka ulży w gospodarce. Im więcej go nakłaniano, tym bardziej się w sobie zacinał. Później pewnie żałował, ale nie honor było mu do tego się przyznać, nie mówiąc o zmianie zdania. Pamiętam, jak przywiozłem do domu radio „Szarotkę”. Postawiłem na sole i nastawiłem głośno. Chwilę słuchał i wyszedł na podwórze, że niby chrustu do kuchni narąbać. Kiedy z matką poszliśmy przebierać kartofle przestał dziabać patyki i wrócił do izby. Słuchał. Wiem to, bo kiedy położyliśmy się do łóżek, wymądrzał się, że jutro ma być upał 28 stopni, a w Wietnamie sytuacja napięta. Do słuchania jednak się nie przyznał, a my nie pytaliśmy skąd wie, że w Wietnamie sytuacja napięta i co to znaczy, że napięta. Po wakacjach, gdy wracałem na uczelnię, radio zostawiłem. Słuchał go od świtu do nocy z przerwami na obrządek i prace w polu. Nie był uczony, bo i po co. Nikt za jego młodości do szkół nie chodził. Przejął gospodarkę po swoim ojcu i powiększoną o pole, kawałek lasu i 4 morgi łąk matki, obrabiał tak, jak go nauczono, po Bożemu i zgodnie z porami roku. Mnie jednak do szkoły posłał. No, może nie tak bardzo z własnej chęci, ale taki był państwowy przymus, a co, jak co, ale przepisów ojciec przestrzegał. Zawsze w terminie płacił fajerkasę i nikomu nic nie zalegał. Po podstawówce, za namową nauczycieli, a głównie kolegów, papiery złożyłem do technikum mechanizacji rolnictwa w Białobrzegach.

- Umiesz pisać, czytać i starczy – skwitował ojciec mój zamysł kształcenia się.

- Ale tato, w tej szkole uczą obsługi maszyn – przekonywałem. – Kiedy skończę będę pracował w Kółku Rolniczym. Nasze pola będę pierwsze obsiewał, a później kosił i młócił. Będzie nam lżej i więcej grosza odłożymy – nie dawałem za wygraną. Matka się nie odzywała, bo by się zaciął. Nie zgodził się od razu. Po jakimś czasie, gdy przyszedł późno z jakiegoś zebrania, obudził mnie i oznajmił, że mam się uczyć na mechanizatora. I tyle. Nic więcej na ten temat nie mówił. Nawet kiedy przyjeżdżałem na soboty, nie pytał. Czekał aż skończę i zacznę pracować. Miał swój plan. Miałem być mechanizatorem w Kółku Rolniczym, a on przez zimę magazynierem. Ułożył sobie, że za uzbierane pieniądze kupi traktor, jak jego sąsiad Felek Zegarek. Nie kupił. Tuż przed moją maturą umarł. Ot, zaziębił się, kilka dni poleżał i mimo stawianych baniek, pijawek, już nie wstał. Po pogrzebie obiecałem matce, że zaraz po dyplomie i maturze wrócę i przejmę po ojcu gospodarowanie. Stało się inaczej. Koledzy szli na studia do Warszawy. Namówili. Bez przekonania, pojechałem z nimi na egzamin wstępny. Z nas czterech, tylko ja zdałem. Oni wrócili, ja zostałem, choć na jedno miejsce było pięciu kandydatów. Zostałem przyjęty, bo miałem asa w rękawie, sześć dodatkowych punktów za chłopskie pochodzenie. Wtedy cieszyłem się z tego przywileju, ale od pierwszych zajęć na uczelni, ciążył mi, niby worek kartofli. Byłem wsiokiem, burakiem…No, ale zaciskając zęby, zaliczałem, co kazali i tak dobrnąłem do dyplomu.

x x x

Po obu stronach piaszczystej drogi złociły się łany żyta, ozdobione silnie niebieskimi chabrami i krwistymi makami. Nie dostrzegałem wtedy ich uroku, bo szedłem niczym cień za matką i byłem zły, bo piasek uwierał w gołe stopy, bo nie lubiłem chodzić po zakupy i targać ich, bo wreszcie miałem inne plany tego dnia. No ale szedłem. Matka nie odzywała się i ja pogrążony we własnych myślach gapiłem się cielęcym wzrokiem na jakżeż znajome widoki. Zboże dojrzewające, zagajnik i w oddali wiatrak Wieteski. Za nim w prostej linii wieża kościoła. Lubiłem co niedziela chodzić z rodzicami na poranną mszę z kilku powodów. Raz, że mogłem wystroić się w ciemny garnitur kupiony na jarmarku i trzewiki brązowe, ale wolno mi było założyć je dopiero tuż przed kościołem, by nie obetrzeć tej połyskującej skórki w piachu, że mogłem spotkać się z kolegami, że po powrocie matka gotowała rosół z makaronem i do miski wkładała spory kawałek mięsa. Po takim obżarciu, w lecie ojciec zabierał nas na łąkę, gdzie kładliśmy się na derce i gapiliśmy w niebo. Na kolację też było mięso. W zwykłe dni głównie jedliśmy okraszone skwarkami kartofle i kluski na mleku, na kolację jajecznica na śmietanie, albo słoninie.

Wieś dźwięcząca kosami, porykiwaniem krów, śpiewkami pastuchów i turkotem po kocich łbach żelaznych kół furmanek, powoli przemijała. Szło nowe. Rozwijały się Kółka Rolnicze, Spółdzielnie i na polach coraz więcej widać było pracujących traktorów i maszyn rolniczych. Tłumaczyłem matce, że szybko studia skończę i wrócę, że będą jej pomagał, a nasz dom rozbuduję i w nim założę rodzinę.

 

 

Od autora

W tym momencie przerywam publikowanie dalszego ciągu historii Franciszka Kani, gdyż jest ona dopiero w trakcie pisania. Mam jednak propozycję dla Was, drodzy Czytelnicy. Może napiszecie, jak według Was powinny potoczyć się dalsze losy Franciszka, który po opuszczeniu więzienia a mając już żonę i niedokończoną budowę domu w Pipidowie, zaczyna życie od nowa. Trzeba pamiętać, że kraj jest tuż, tuż przed rewolucją ustrojową, w zakładach pracy toczą się ożywione dyskusje robotników, zaczynają strajki…Jak według Was ma zachować się Franciszek? Jaka drogą ma pójść? Z kim trzymać? Jest przecież osobą o studiach i przed osadzeniem go w więzieniu, pracował na kierowniczym stanowisku. Czekam na Wasze propozycje. Obiecuję też, że najciekawsze historie będą opublikowane i nagrodzone.

A. Kamiński

fot. Janusz Maciejowski


Komentarze

Brak komentarzy.
Napisz komentarz

Imię/pseudonim:


Treść komentarza:
cry tongue sad sleepy mad biggrin confused cool smile happy suprised drool


Kod z obrazka:
Przepisz dwa słowa z obrazka w pole pod nim (bez spacji między wyrazami).

Zapowiedzi

katalog stron Statystyki, katalog stron www, dobre strony internetowe Bookmark and Share dodajdo.com dodajdo.com
więcej »  Komentarzy: 0

Reklama

















Odwiedź Nasz Profil na PlanujemyWesele.pl

więcej »  Komentarzy: 0

REDAKCJA

Redaktor Naczelny:
Janusz Maciejowski
tel. 0-
503670896
e-mail: j.maciejowski@nlt.media.pl

Redaktor Techniczny:
Andrzej Juliusz Gąsowski
e-mail: andgasow@o2.pl


Współpraca:
Krystyn Fok
Andrzej Kamiński
Konrad Koczywąs



Wydawca:
MidMedia
ul. Konopnickiej 8/5
05-400 Otwock


ISSN: 1899-5512
Rejestr dzienników i czasopism nr: III Ns rej. Pr 695/08 (Sąd Okręgowy Warszawa Praga)



Copyright © 2009 New Light Times
designed by Michał Browarski