Mówimy, że jesteśmy Pokoleniem JP 2. Czy tak jest naprawdę? Czy jesteśmy świadomi, że nauki Ojca Świętego zrozumieliśmy, że – przynajmniej - staramy się dostosowywać do nich nasze życie. Czy wiemy, jak wielki obowiązek na nas został nałożony w chwili, gdy powiedzieliśmy „Chcemy żyć jak On".
Chyba nie bardzo. Tuż po śmierci Jana Pawła cała Polska była „święta od razu”. Kibice piłkarscy zadeklarowali pogodzenie się, sąsiad przepraszał sąsiada, w kościołach były kolejki do spowiedzi. A wszystko po to, by w kilka następnych dni kibice skakali sobie do gardeł z jeszcze większą agresją, bo już byli uświęceni. By wszystko wróciło do polskiej normy.
Jesteśmy pełni wewnętrznego zakłamania, lubimy składać deklaracje bez pokrycia i otaczać się wielkimi ideami, których wiemy, że nie zrealizujemy, bo… dążymy tylko do doskonałości, ale przecież zawsze znajdujemy wytłumaczenie, że… teraz się nie udało, ale dążymy, zmierzamy, staramy się być.
Często bywam na tzw. koncertach papieskich, które fotografuję. Spotykam się z grającymi tam zespołami, rozmawiam z wiernymi i z księżmi. I ci ostatni mnie niepokoją bardzo. Bo myślę, że takie narodu uświęcanie, jaka postawa jego kapłanów. A nie jest dobrze, bo w niektórych kościołach koncerty papieskie są udręką dla funkcjonariuszy w habitach, zespoły przyjmuje się jak intruzów, którzy przyszli pohałasować i zakłócić spokój.
Tak było podczas koncertu zespołu „EO” w kościele w Sulejówku. Przyjechałem tam wraz z muzykami długo wcześniej. Zastaliśmy pusty kościół, nikt na nas nie czekał. Pewnie pomyślicie sobie, a po co? Skoro otworzyli bramę i zespół wiedział, gdzie ma sprzęt rozłożyć, to czego jeszcze chce.
Zespół nie chciał wiele - usiąść przed koncertem, napić się herbaty, pogadać.
Koncert, gdy wstępnie rozmawiano z proboszczem, miał odbyć się w dolnym kościele, ale w ostatniej chwili nastąpiła zmiana, bo w dolnym był ślub. A ślub - jak wiadomo - to zysk. Polska gościnność to przeszłość, przynajmniej w kościołach. Zresztą, kościół to nie kawiarnia, a chrześcijański zespół ma się przez mękę uświęcać. Z krzyżem łatwiej. Na co komu szczęśliwy i radosny katolik. Bojaźń Boża, memento mori i wór zgrzebny, a nie maybachy, homarki i kawusie.
Sztuka i tak się sprzeda, zespół przyjedzie, to i zagra. Zespół zagrał, owacje były na stojąco, wspólnie odśpiewano „Barkę”, ludziska pytali, kiedy znowu przyjadą do nich zagrać.
- Tak, tak, tak być powinno – mówi Zofia, tutejsza parafianka – a nie te nudne msze, smutne i przygnębiające. Przecież jakoś to tak było gdzieś napisane, że jak się śpiewa, to tak podwójnie się modli.
Tuż przed koncertem przyszedł proboszcz, przywitał się z muzykami, z Ewą Błaszczyk i poszedł. Tyle go widziano. Ani nie zapowiedział, ani się nie pożegnał. Bo i po co? Się należało, to było. To nie dla niego przecież, tylko dla parafian, on z tego niczego nie ma. Po koncercie, pan kościelny rzekł: „Pospieszcie się, bo chcę zamykać i iść do domu”.
Jedynie pani z urzędu miasta kawą i herbatą poczęstowała. Dzbanek, kubeczki, cukier i resztę z sobą przyniosła. Ksiądz i tak łaskawy, bo zagrzać wodę pozwolił, a przecież prąd drogi. Pani z urzędu zadeklarowała, że w przyszłości zespół zaproszą. Ale do innego kościoła.
Kościoły w Polsce są budowane i utrzymywane z pieniędzy wiernych. Kapłani w nich – bezcenni. Za resztę można zapłacić kartą.