Dziennikarz, to zarazem powołanie i pokuta - za grzechy wasze i nasze. Bo tak trochę to i księdzem jesteśmy, nauczycielem, czasem sędzią, a niekiedy też takim murkiem, który grodzi zwaśnione strony w sposób taki, że jest pośrodku i to pod niego leją.
Musimy umieć słuchać i - choć nie rozgrzeszamy - to jednak spowiednikami świeckimi ze wszech miar jesteśmy. Dla wielu ludzi stajemy się ostatnią nadzieją, bo tylko my możemy podjąć się spraw niemożliwych, gdzie zawiodły wszelkie rozwiązania.
Rzecz będzie o dziennikarstwie lokalnym.
Wielu wybitnych dziennikarzy, z uznaniem wspomina swoje początki, właśnie w mediach lokalnych, bo to szczególny i specyficzny obowiązek.
Tak, bo dziennikarstwo to nie jest zawód, gdzie przychodzi się do fabryki słów i lamie głodne kawałki. Dziennikarstwo to obowiązek, taka posługa duszpasterska, gdzie razem z czytelnikami przemierzamy dni codzienne, jesteśmy w galeriach wielkich problemów, na placach politycznych zabaw, w piaskownicach naszych uczuć, gdzie nie zawsze jest dobra pogoda. A czasem grad i burze, huragany, wichury, piekielny skwar, a wszędzie tam my - jako parasol.
Nie zapomnę, gdy dawno temu, jeden ze starych wykładowców powiedział te słowa:
- Pójdziecie w świat, do waszych miast i wiosek, uzbrojeni w pióra po zęby. Od was zależy, czy będziecie nieść płacz i zębów zgrzytanie, czy radość i prawdę. Słowo to potęga, odpowiednio użyte w tekście może nawet zabić, ale będziecie też mieli moc cudownego uzdrawiania, a nawet wskrzeszania zmarłych. Wykorzystajcie to dla ludzi, a nigdy dla siebie.
Nie chcę jednak, by to było kazanie, czy też udowadnianie, jakimi to walecznymi jesteśmy, my, lokalne pismaki.
Często jest tak, że gawiedź zapomina o tym, że jesteśmy takimi samymi ludźmi jak pan Franek obok w sklepiku, czy Józia, co dziecko samotnie wychowuje. Takoż i wasze problemy zawsze są nam bliskie, bo często przeżywamy je podobnie.
Ileż to razy woda zalewa mieszkanie i najpierw widzimy tam siebie. Też złościmy się, że administrator nic nie robi. Idziemy, sprawdzamy, słuchamy, piszemy. Nie zawsze skutecznie, ale na ogół nie bez oddźwięku. Kłótnia z sąsiadem, policja w drodze i my. Słuchamy, notujemy, staramy się złagodzić spory, a niedaleko jak wczoraj to nam sąsiad ubliżył, inny wypił za dużo i tłukł w ścianę, aż klawiatura podskakiwała, a naczelny na tekst czeka, bo drewniak kolejny spłonął. A jeszcze do tego ręka poparzona i smak dymu w ustach, a on tłucze się dalej. I bezradni jesteśmy, bo wczoraj pomogliśmy w innej kłótni, a dzisiaj z własnym sąsiadem rady sobie nie dajemy.
Z radością wchodzimy do domu, bo we wsi naszej młodzież mecz ważny wygrała, artykuł sam się pisze, a tu masz - syn kolejny raz pałę złapał z polskiego i jeszcze nam mówi, że pani powiedziała, że wstyd, bo tata dziennikarz. Jaki dziennikarz? Pismak jeden, a nie słowa żongler. Sam szczwany, bo korektor go poprawia.
I śmiech na Sali. Takiej pustej, gdzieś tam, w środku duszy, co to jeszcze czasem takie piosnki gra, że aż się serce raduje. No, bo narzekać to ma czytelnik, a my od tego, co by my o jego żalach pisali, a własnych nie mieli. A jak źle napisze, to go na forach w Internecie zjedzą, bo w czasach obecnych, to każdy może być dziennikarzem. A to społeczne dziennikarstwo też ważne, choć i czasem upierdliwe, bo rzetelności tam nie trzeba, ale tematów to prawdziwa kopalnia.
Prawda to, prawda, bo kiedyś pisałem ja sobie artykuł o jakimś koncercie, noc późna, ja w gaciach, po kąpieli, gorąca herbatka i ciastka kawałek. Zapalam niezdrowego papierosa, na przeglądarkę klikam, otwieram forum gazety mojej i widzę, przed kilkoma minutami ktoś napisał, że na jednym z osiedli pali się, aż zgroza. Ubieram się, włosy mokre, gonię na postój taksówek, jadę.
- Co to się znowu stało - zapytuje taryfiarz - że tak w nocy pana budzą?
Odpowiadam, że pożar straszny, bo Internecie ktoś dał znać, więc jechać trzeba. Dojeżdżamy na miejsce. Wyciągam aparat, straży co niemiara. Dymu pełno. Pytam ludzi.
- Instalacja się zapaliła, ale nikomu nic się nie stało. Oddycham z ulgą. Przygotowuję materiał, a w kościach coś rypie, kaszel doskwierać zaczyna, nos trąbi jak na wczorajszym koncercie w kościele. Teraz sobie przypominam, włosów nie wysuszyłem. Takie to nasze za sensacją, jak to złośliwi gadają, latanie. A sensacji sporo, bo gorączka, leki, a pani z tej nowej ulicy obiecałem, że w tym tygodniu tę interwencyjną notę umieszczę, bo ma dziecko poważnie chore.
No to się do was, czytelników, naużalałem, ale też z takiej przekory, bo to my piszemy, a o nas pisze się tylko wtedy, gdy to - przewrotnie - lud szuka sensacji.
Pogawędziłbym sobie z wami jeszcze, ale sprawy lokalne czekają. Spotkamy się już bez gorzkich żalów, przy okazji pisania o waszych problemach, których jak najmniej wam życzę.
Najmniej? - ktoś zapyta - to po co on to napisał? A ja odpowiem, że tak z sympatii, bo skoro dobrnęliście tutaj, to znaczy, że tylko wy naprawdę słuchacie.