
Po raz pierwszy w Polsce wystąpił wraz ze swoim jazz bandem jeden z największych reżyserów XX wieku – Woody Allen. To jedno z najważniejszych tegorocznych wydarzeń muzycznych w naszym kraju odbyło się w warszawskiej Sali kongresowej 28 grudnia. Niestety, nie odbyła się zapowiadana prapremierowa projekcja najnowszego filmu reżysera, „Vicki Cristina Barcelona”. Polska widownia zobaczy film dopiero w kwietniu tego roku.

Sala Kongresowa pękała w szwach, publiczność reagowała bardzo żywo, co miało ogromny wpływ na atmosferę koncertu. I wtedy stał się
cud – czas się cofnął, wróciły magiczne lata trzydzieste. Ten naturalny brud trąbki, buczenie puzonu, mroczny stukot kontrabasu, rzężenie banjo… W tym wszystkim klarnet – mistyczny dźwięk, który przybywa nagle, delikatnie przebijając się przez smak piwa i kłęby dymu, szorstkie „fuck” czarnoskórego barmana, aby wreszcie piskliwie dać znać, że jazz żyje w sercach, płynie w szklankach, a tonie we łzach kapiących na klawiaturę pianina…
Rozmarzyłem się, ale – zamknąwszy oczy podczas koncertu – Woody Allen i jego kapela mnie tam zabrali. Znikła Sala Kongresowa, na tych kilka chwil ożył duch miasta, którego już nie ma. A jednak Nowy Orlean żyje w tych brzmieniach, a sam Allen powiedział kiedyś „Nieśmiertelność jest bardzo łatwa do osiągnięcia. Wystarczy nie umierać.” Powiedział i słowo stało się ciałem…
fot. Janusz Maciejowski

Organizator

Brak komentarzy.