
Tak naprawdę, to nie chciałem się schylać, ale podwinęła mi się skarpetka i uwierała w nogę. W prawą.
Stanąłem pomiędzy krawężnikiem a wejściem do posesji.
Był tam taki uskok, a ktoś odgarnął śnieg
i było to dobre miejsce,
by poprawić skarpetkę tak,
by nie pomoczyć nóg.
Zwłaszcza, że na szarych skarpetkach to by było widać, że mokra. To nie o to chodzi, że nikt nie patrzy, ale jest po prostu mokro. Potem nieprzyjemnie chlupie i jest zimno. 23 grudnia, nawet gdy nie ma śniegu, jest zimno. Mimo że jeszcze było jasno.
Przejechał samochód, nawet nie patrzyłem jaki, bo byłem zajęty poprawianiem skarpetek. Zresztą, co to kogo obchodzi, samochód, jak samochód, nic szczególnego. Biały i brudny, bo na białym widać.

Schylając się, aby rozwiązać buta, moją uwagę zwróciło coś małego i – o dziwo – wyglądającego na suche. Przyjrzałem się bliżej i to była zapałka. Sucha, nieużywana zapałka. Komuś pewnie wypadła z pudełka, gdy zapalał papierosa. Podniosłem ją. Przyda się do podpalenia gazet na rozpałkę do pieca.
To mały piec węglowy, bardzo niski, cegły są pomalowane na czerwono, cztery fajerki. Niedawno podprawiłem gliną taką małą dziurkę.
Ta leżąca zapałka na pewno do kogoś należała. Zbliżają się święta, a ten ktoś już nie użyje tej zapałki do podpalenia wigilijnej świeczki na rodzinnym stole. Nie zobaczy tego małego ogienka jego rodzina, nie zdmuchnie go jego jedenastoletnia córka. A jak ten ktoś nie ma jedenastoletniej córki, tylko syna, który siedzi teraz w więzieniu i święta spędzi w celi.
Przyjdzie strażnik i otworzy w pawilonie C drzwi dla tych, którzy zapisali się na Wigilię do zakładowej kaplicy. Wyczyta nazwiska i wyjdą skazani na korytarz.
Świetlica jest pewnie w drugim pawilonie, tym obok oddziałów otwartych.
Trzeba przejść obok spacernika, potem na lewo.
A jeśli ten ktoś w ogóle nie ma dzieci i kupił wódkę, by w samotności się upić. Jeśli była to ostatnia zapałka w jego pudełku, to jej zgubienie może uratowało mu życie. Bo mogłoby tak się zdarzyć, że to od tej właśnie zapałki zapaliłby się brudny sztuczny dywan, nieczyszczony od nowości. Ten dywan mógł nigdy nie być nowy, choć kiedyś pewnie tak, ale tak dawno to żadna pamięć nie sięga.

Ten ktoś mógł być kobietą, księgową z małej firmy sprzedającej takie nieduże pudełka w różnych kolorach. Do tych pudełek wkłada się prezenty, np. zapalniczkę dla zięcia. Taki gest. Teściowa też człowiek, a nie wszystkie teściowe są statystycznie złe. Ilona jest fajną teściową, chociaż wcale jej nie znam, ale może mieć pięćdziesiąt cztery lata i zięcia, który lubi takie prezenty.
Więc czemu nie zapakować srebrnej zapalniczki w kolorowe pudełko. Wygląda bardzo ekskluzywnie. Na wierzch pudełka można przykleić taką kokardkę. Zięć Ilony się ucieszy, a ona będzie miała te chwilę spełnienia, gdy on powie:
- Mamo, super jest ta zapalniczka! Dziękuję!
- Nie zgniataj tego pudełka! – krzyknie Krysia, jego żona – Ty zawsze musisz zgniatać wszystko? A ja jak zawsze musiałam przypominać ci o cukrze, którego i tak nie kupiłeś. A teraz chcesz zgnieść to pudełko. Zostaw to nie psuj.
Teść wybrnie z tej niezręcznej sytuacji, prosząc, że już czas na podzielenie się opłatkiem.
Teraz przejechał autobus. Schowałem zapałkę do kieszeni, poprawiłem skarpetkę. Obok mnie przeszła kobieta z pieskiem. Brązowym i śmiesznym. Taki ni to jamnik, ni bliżej nieokreślona rasa. Bardziej przypominał to drugie.
Szczeknął na mnie przez ogon, a ja sięgnąłem do kieszeni i – tak, by nie widziała jego właścicielka – pokazałem mu znalezioną zapałkę.
Szczeknął drugi raz, ale już inaczej, tak bardziej z uznaniem, że ja mam zapałkę, a on nie. Pewnie lubi grzebać tym swoim śmiesznym noskiem w piasku i wygrzebywać „skarby”.
Ciekawe ile takich nieużywanych zapałek, zgubionych przez anonimowych ludzi mógł w swoim pieskim życiu wykopać i zakopać...

A jeśli Ilona nie była niczyją teściową, a zapałka nie należała do niej, tylko do Tereski, która miała dwadzieścia dwa lata, a to była jej ostatnia w życiu zgubiona zapałka?
Potem przeszła przez ulicę, wsiadła do autobusu i pojechała na dworzec, by wsiąść do pociągu, który miał ją dowieźć na wieś do mamy. Dostała zawału serca i zmarła w drodze.
- Taka młoda, taka młoda – westchnęliby jej sąsiedzi – dlaczego takich młodych ludzi Bóg musi zabierać...
Tereska mogła mieć wrodzoną wadę serca, a do tego jeszcze paliła papierosy. Szkoda. Taka młoda.
Kilka ni wcześniej zgubiłem zapalniczkę. Po drodze do pracy.
Tak mi się nagle przypomniało, że każdy coś gubi w życiu, każdy coś znajduje.
Czasami są to małe, nic nieznaczące przedmioty.
Tracą nas i zabierają nasze historie, nad którymi nikt się nie zastanawia.
Te zgubione przedmioty, wierni i cisi świadkowie, którzy potrafią przemilczeć wszystko.
Milczą o nas tak bardzo, że nawet taka mała, sucha i nieużywana zapałka,
pozwala nam jedynie na to, żebyśmy z niej skorzystali w ten wigilijny wieczór.
fot. Janusz Maciejowski