Umownie przyjęto, iż pierwszym zdjęciem na świecie było wykonane przez Josepha Nicéphore Niépce'a w 1826 roku. Był to widok z okna na spadziste dachy – aż prosiło by się o sierściuszka w „naturalnym”, miejskim otoczeniu.
Niestety – kota tam nie było, a nawet jakby był – umknąłby zarejestrowaniu, gdyż naświetlenie materiału przy ówczesnych możliwościach technicznych trwało kilka godzin. Pierwszy akt również pojawił się w fotografii wcześniej, niż kot – w 1839 roku Louis-Jacques-Mandé Daguerre wykonał zdjęcie dwóch stojących, rozebranych kobiet. Ta pierwsza technika fotograficzna, zwana dagerotypią, wykluczała zdjęcia kotów – są zbyt szybkie, by można było czekać na naświetlenie minuty, nie mówiąc o godzinach.

W późniejszych latach fotografia nasycona była krajobrazem miejskim, portretem, potem też fotografią przyrody, krajobrazem wreszcie studium socjologicznym, dokumentacją oraz dokumentacją architektoniczną. Akt zajął też niepoślednie miejsce, między innymi przez reklamę, rozpoczynając karierę od użytkowej fotografii sylwetek i póz jako wzorów dla malarzy przez pin-up girl aż do obecnej formy epatowania nagością i erotyką. Można by odnieść wrażenie, iż kota w wielkiej fotografii nie ma. Cóż – to cios bolesny dla kociarzy, ale... wielka fotografia ma ważniejsze tematy.

Wielka fotografia zatem zajmuje się eskalacją tragizmu i okrucieństwa tego świata (jak World Press Photo), zajmuje się „upiększaniem” i elektroniczną mutacją wizerunku kobiety, tak częstą w reklamie. Wreszcie łowieniem sław – ostatnie rekordy demoralizacji łowców to polowanie na Romana Polańskiego i jego rodzinę oraz na martwego Michaela Jacksona.
Gdzie tu miejsce dla zdjęć prostego sierściuszka?
Jako kot domowy uniknął też zainteresowania łowców przyrody spod znaku National Geographic (chyba, że gdzieś się przemycił dyskretnie).
Jednak wśród wielkich artystów tego świata znalazł się jeden kociarz - Andy Warhol, wieloletni opiekun kotów. Utrwalił je w postaci 25 posterów, na podstawie zdjęć. Fotografie dla artysty wykonał Walter Chandoha. Wszystkie koty na posterach nazwane zostały Sam. Sierściuszek znalazł siłę przebicia i sposób na karierę medialną – uwodził sławnych ludzi, by pokazać swoją mordkę.
Chętnie fotografował się ze swoimi ulubionymi kotami Freddie Mercury – sporo zdjęć kotów ukazało się w książce Jima Huttona „Mercury And Me”.
Przemykają też zdjęcia wielu sławnych ludzi z ich kotami, znana z opieki nad zwierzętami sławna aktorka Brigitte Bardot, Nicholas Cage, z tego co wiadomo – Alec Baldwin ma siedem kotów, jednak nie znalazłem jego zdjęć w takim towarzystwie. Pojawiają się również zdjęcia z kotami Davida Bowie, który mi przypomniał, że ground control to … cats!*
Upowszechnienie sztuki w szerokim rozumieniu wymaga odbioru.
Takim motorem napędowym dla sztuki fotografowania sierściuszków stały się koty hodowlane i skłonność człowieka do systematyzowania. Wygląd rasy najprościej upowszechnić na zdjęciu – stąd fotografie hodowlane. Pojawiają się zatem i rozwijają zdjęcia dokumentujące rasy, typy, kolor.

Kot robi karierę fotomodela w zakresie encyklopedycznym. Znane na świecie koci fotografowie: Helmi Flick, Yves Lanceau i Jean-Michel Labat których zdjęcia znamy choćby z reklam Royal Canin, Jane Burton, autorka licznych książek o kotach – Paddy Cutts, autor nastrojowych kocich obrazów - Yann Arthus-Bertrand, obrońca przyrody znany z fotografii Ziemi.
Polskich fotografów kocich nie będę przedstawiał – łatwo znaleźć na łamach archiwalnych numerów Miesięcznika KOT (niestety, numer ze stycznia 2010, 53 kolejny był ostatnim).
Nierzadko słyszy się porady, dotyczące tematów zdjęć kocich – kotek machający śmiesznie łapkami, kotek tajemniczy („klimatyczny”), stylizowany na tani horror i wymagający absolutnej nieświadomości kociego życia, kotek w wazoniku jako ozdóbka czy – z dziedziny sportów ekstremalnych – kotek, który przypadkiem wpadł do kibelka, a ktoś miał akurat aparat.
To są dobre porady, by sierściuszek pozostał tam, gdzie „wielka fotografia” chciałaby go widzieć – w obszarze zwanym kiczem.
Znamy jednak przekorną naturę sierściuszków.
Można przypuszczać, że prędzej czy później, a jednak nieuchronnie, kot zajmie miejsce właściwe swojemu poczuciu godności.
Rozwój fotografii cyfrowej pozwolił kociskom na ekspansję nie tylko w zakresie systematyki.
Idea kociej fotografii wkradła się do domów i odnalazła tam potężny strumień – wolontariuszy i działaczy, ludzi spoza profesjonalnych kręgów fotograficznych, którym zaległ na sercach koci los.
Tak pojawia się na fotografiach sierściuch anonimowy, z podwórek i dachów, żyjący w miejskiej dżungli, znoszący godnie swoją biedę. Znakomitym przykładem - mimo, iż zdjęcia w niej wykonane są przez profesjonalnego fotografa i nie techniką cyfrową - jest książka Urban Tails "Inside the Hidden World of Alley Cats" (wyd. New World Library) ozdobiona fotografiami tajemniczego autora, przedstawiającego się jako Knox i z tekstem Sary Neely Kocie. Miejskie opowieści. Słodkie i gorzkie.

Wraz z możliwościami i upowszechnieniem fotografii cyfrowej objawieniem jest również kot jako fotograf, a nie obiekt fotografowany.
Wart wspomnienia jest inspirowany pomysłem Juergena Pertholda projekt Michaela and Deirdre'y Cross – fotografie kota imieniem Cooper.
Kot ma przywiązany aparat, który automatycznie, co dwie minuty wykonuje zdjęcie. Koci punkt widzenia świata. W zeszłym roku wystawiane w Nature Museum w Chicago.
Nie jest to jedyny koci fotograf, sierściuszki z aparatami biegają już w Niemczech, Japonii, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Australii.
Przetrząsnąwszy tak w skrócie tematy kociej (i nie tylko kociej) fotografii zastanawiam się, czego tu brakuje.
Zapewne wiele rzeczy umknęło – przypuszczam, iż Czytelnicy zauważą niejeden brak. Mam jednak nadzieję, że – zauważywszy te braki – napiszecie własną historię fotografii kociej, która jest jeszcze przyszłością.
Z tą właśnie nadzieją życzę dobrego światła.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*
Ground control to Major Tom – kontrola naziemna do majora Toma, to cytat i zarazem tytuł przeboju Davida Bowie , tu użyte jako potoczne „halo, Ziemia do autora!” żeby nie galopował w dygresjachfot. Ziemowit Jastrzęski