
Maj tamtego roku był piękny, Boże, jaki piękny...
Nie tylko pod względem pogody, chociaż był to od dziesięciu lat najsłoneczniejszy i najcieplejszy maj, ale był to też miesiąc wypełniony oczekiwaniem. Na połączenie rodzin, na zmiany w przepisach rządowych dotyczących obcokrajowców, na spełnienie planów. Jacek miał w kraju żonę i drugiego, dwuletniego synka, a my czekałyśmy na przyjazd reszty naszej rodzinki. Marzyło nam się piękne, wspólne lato…
Na tym odcinku Renu, który dostrzegałyśmy z naszego okna, nie było widad plaży, lecz całe połacie nadrzecznej trawy. Bezpośrednio na brzegu wody rozciągały się wstęgi płaskich, kolorowych kamieni, większych i mniejszych, obmywanych falami rzeki. Przepływające barki z zagranicznymi flagami na masztach wydawały niezbyt głośne tup, tup, tup, a poranne słońce rzucało blaski na wodę. Budził się jeszcze jeden nasz emigracyjny dzień. Po wyprawieniu Lilki do szkoły, lubiłam przychodzić na brzeg rzeki i pobiegad ścieżką przy promenadzie. Był to mój poranny jogging do ostatniej restauracyjki, która wczesną wiosną aż do parteru zalana była wodą. Zresztą nie tylko ona, ale szereg innych, przytulnych kawiarenek i knajpek położonych przy promenadzie. Dziwny był to rok.

– Hochwasser – mówił Peter w lutym i patrzył w zamyśleniu przez okno w kierunku Renu, gdy brudne śniegi topniały, a poziom wody rósł i rósł. Ale my i jego hotel nie byliśmy zagrożeni. Po kilku dniach poziom wody zaczął powoli opadad, a cały bulwar, na którym rosła teraz soczysta trawa i niebieskie kwiatuszki pokryty był brudami, jakie naniosła woda.
– Popatrz – mówił później Jacek - jak oni wszystko sprawnie uprzątnęli, ani śladu po żywiole. Chodziliśmy w czwórkę nad rzekę, rozkładaliśmy koce i piknikowaliśmy od rana. Sławek brzdękał na gitarze znane i mniej znane utwory, ale prawdziwe „koncerty” odbywały się pod wieczór. Złożyliśmy się na najtaoszy stojak do grilla, co sowieso było dla nas atrakcją tamtych czasów. Kiełbaski, sałatka, cola dla dzieci oraz skrzynka piwa stanowiły naszą kolację. Sławek brał gitarę do reki i intonował „Siedem dziewcząt z Albatrosa...”, a my, po którymś tam z kolei piwku, wtórowaliśmy mu piejąc w niebogłosy o Beatce, która była jedyna. Sławek miał fajny głos, ale znajomością jakiegokolwiek obcego języka się nie chwalił.
Hitem tego miesiąca w jego wykonaniu była piosenka „I can't live without you” - nie mogę żyd bez ciebie. Lubiliśmy tę melodię, a on, chcąc sprawid nam przyjemnośd, śpiewał ją, dorabiając codziennie nowe słowa. Gdy dochodził do części zwanej refrenem, wychodziło coś w rodzaju: „Keerryy! La, la, la, la, la, Keeryyy!....” i tak dalej., a my pomagaliśmy mu dzielnie.
Wybór rozrywek był niewielki, ale wtedy, późnymi wieczorami i nad rzeką przy blasku księżyca, do siódmego nieba nie było nam wcale daleko. Żeby jeszcze tylko dostad ten azyl...
Dziwne, że jakoś nikt nas wtedy nie przegonił za zakłócanie spokoju. No i dobrze, może nasze nocne śpiewanie podobało się sąsiadom? Nie robiliśmy przecież nic złego.
MITY O MIŁOŚCI 
Gaweł wybierał się na kilka dni do Polski. To była wiadomość, która Lilkę wprowadziła w stan najwyższej euforii i mnie też postawiła na nogi. Wyślemy paczkę, którą Gaweł zabierze ze sobą i dostarczy nawet na miejsce, bo będzie mu po drodze. Ruszyłyśmy do miasta na zakupy kompletując szybko jej zawartośd, bo czasu było niewiele. W skład prezentów wchodziły jeszcze zarobione przeze mnie pieniążki i liścik do Feliksa, by wykorzystał je na przyjazd do nas, no i inne konieczne wydatki w kraju.
– Małgosiu, przyjedzie do was jutro Gaweł z paczką, daj mi tatę do telefonu – mówię cała radosna do córki. O dziwo Peter pozwolił mi skorzystad z telefonu w knajpie.
– Mamo, ale taty nie ma – słyszę w odpowiedzi. A gdzież on jest u licha, myślę głośno. Ile razy dzwonię, słyszę wyjaśnienia, że albo zebranie, albo jakieś inne zajęcie poza domem.
– No trudno, postarajcie się byd w domu, by odebrad moją przesyłkę. Gaweł ma numer telefonu, więc będzie się z wami kontaktował.
– Wiesz co, kochanie – dodaję jeszcze - fajnie byłoby, gdyby udało ci się jeszcze przed wyjazdem do Niemiec zrobid prawo jazdy, bo tutaj na początku nie będziesz miała takiej możliwości. Na razie nie będzie nas na to stad...
– Dobrze, mamuś – mówi moja prawie pełnoletnia córka. Mogę spróbowad. Już niedługo, prawda? – Tak kochanie, trzymajcie się – odpowiadam i idę pobeczed sobie do łazienki, żeby Lilka nie widziała...
Odcinek 3Odcinek 2Odcinek 1fot. Janusz Maciejowski