
Zaczęła nas męczyd bezczynność, przynajmniej mnie. Totalnie. Coraz więcej naszych rodaków, kierowanych iluzjami szybkiego, prawie perfekcyjnego „urządzenia się” i otrzymania w błyskawicznym tempie mieszkania, zasiłku socjalnego, a nawet pracy, zjeżdżało do Niemiec. A zezwolenia na pracę nadal nie było.
Może łatwiej było wtedy osiedlid się w Danii lub Szwecji, a już na pewno w Hiszpanii, gdzie zatrzymał się mój szkolny kolega. Po początkowych trudnościach, które żadnego emigranta nie omijają, znalazł pracę, założył polsko-hiszpaoską rodzinę i jest prawdopodobnie zadowolony ze swojego kroku. Zaaklimatyzował się, wżył w hiszpaoską atmosferę dnia codziennego, rytm życia i pracy. Chociaż zaczynał od zmywaka, teraz jest szefem kuchni. No tak, ale sukces osiągnął dużo później. A dla nas biegło Anno Domini ’88.
– Można? – Jacek wszedł do pokoju.
Lubiliśmy sobie czasem pogadad przed południem, gdy dzieci były w szkole, bo jego syn, dwunastolatek, został przydzielony do tzw. Szkoły Głównej – Hauptschule i musiał co rano dojeżdżać.
Szkoła Główna autobusem do śródmieścia. Lilka była w lepszej sytuacji, bo tylko dwie wiejskie uliczki dzieliły ją od szkoły. Przedpołudnia mieliśmy więc wolne, bez rodzicielskich obowiązków.
– Niemce nie pozwalają tu zostad – stwierdził i usiadł przy oknie. Wszyscy, którzy przyjechali po osiemdziesiątym siódmym nie dostaną azylu i muszą wrócid.
– To znaczy, że przyjechaliśmy za późno? Poczułam ucisk w żołądku. Przypominało to moment z przeszłości, gdy niezbyt dobrze przygotowana z historii stałam przed drzwiami sali egzaminacyjnej. Oblałam go wtedy.
– Skąd takie wiadomości?
– Byłem w Socjalu, słyszałem, co gadają i tak to wygląda…
– Czekaj, to co robimy? – prawie krzyknęłam, widząc, że Jacek zabiera się do odejścia. Musiałam mied dziwną minę, bo i czułam się też kompletnie zdezorientowana.
– Nie wiem, Haneczka, podobno można składad papiery do Kanady, oni jeszcze przyjmują. Gdy będę wiedzied coś więcej, to ci powiem. I poszedł. Lubiłam, gdy Jacek nazywał mnie Haneczką. W tym momencie jednak, jako środek uspakajający, nie zadziałało.

DO KANADY? Normalnie zawrót głowy. Jak to się robi, gdzie się składa? Co jest prawdą, a co plotką? Zeszłam na dół do knajpy zobaczyd, czy był już listonosz. Przyniosłam pocztę: listy z kraju, jak plasterki do przyłożenia na bolące miejsca! Małgosia donosiła, że odnowili „balkonowy” pokój, malując go w trójkę z pomocą kolegi Oliwera i poprzestawiali trochę graty. Jako dowód dołączyli dla nas zdjęcie robione Polaroidem, który im ostatnio wysłałam na „zająca”.
Jak oni dorośli… Co, Małgosia obcięła włosy?? Nie, trochę podcięła, uspakajam się, czytając dalej list pisany przez nich na zmianę. Natura obdarzyła moje dzieci bujnymi lokami, przy czym u Oliwera w miarę upływu lat tak zwane przody już trochę się przerzedziły. Nosi artystyczny nieład na głowie, co odpowiada zresztą jego zainteresowaniom. Małgosia i Lilka, co rusz prostują modnie swoje loki i robią balejage, na co ja oczywiście krzyczę, że niszczą sobie włosy.
One nic sobie z tego jednak nie robią i wyglądają super. W kopercie była jeszcze kartka od Feliksa, oszczędna w swojej treści, że u nich wszystko OK. On stara się jak może przyspieszyd proces otrzymania paszportów i prosi, żebym zarobione pieniądze wpłacała na jego konto w Banku S.A. I tu podaje numer… Feliks ma konto w Banku S.A.? Dlaczego pisze do mnie tak „sucho”? Czyżby bał się pocztowej cenzury?

Szczerze mówiąc, zarobiliśmy już z Jackiem „na czarno” trochę kieszonkowego.
Właściciel hotelu miał drugą salę, którą wynajmował na większe imprezy rodzinne typu wesela, licznie świętowane geburtstagi lub jubileusze. Do nas należało sprzątnięcie tego pomieszczenia i nakrycie stołów. Trzeba przyznad, że kilka godzin nam to zajęło, bo sala wyglądała na dawno nieużywaną. Peter zapłacił sprawiedliwie, a my poszliśmy pochwalid się Gawłowi na tanksztelę. Oblaliśmy u niego butelką wina nasz pierwszy zarobek, a dzieci dostały na lody. Zbliżał się maj. W tym miesiącu urządza się w Niemczech najwięcej festynów i imprez taoczących, a wesela zawierane w maju należą podobno do najszczęśliwszych.
Takie propozycje pracy ze strony właściciela powtórzyły się jeszcze kilkakrotnie i poprawiały niewątpliwie nasze humory i stan kasy. Ale któregoś przedpołudnia Peter zaskoczył mnie totalnie, składając nieoczekiwanie wizytę w moim pokoju.

Z wyrazu jego twarzy mogłam wywnioskowad, jaki pomysł zagnieździł się w jego głowie: koszty poniesione na sprzątanie postanowił dostad u mnie zurück7. Przewrócił mnie zszokowaną na łóżko i zabrał się do obcałowywania… Na obronę własną i „walkę wręcz’’ nie miałam wielkich szans, bo karate nie trenowałam. On, wielkie chłopisko, kontra moje pięddziesiąt trzy kilogramy, Polka jak kurczaczek do wypatroszenia... Odpychając go i zbierając do kupy całą moją znajomośd niemieckiego, wykrztusiłam:
– Lassen Sie, ich bin mit Jacek8. Nie wiem, skąd mi coś takiego przyszło do głowy. Nie „byłam” z Jackiem, ale to zdanie rozwiązywało mi obrzydliwą sytuację, w jakiej się znalazłam. Peter pozbierał się, bąknął coś w rodzaju:
– Ach so. I poszedł.
A SPRZĄTANIA SALI WIĘCEJ JUŻ DLA NAS NIE BYŁO!
Odcinek 2Odcinek 1fot. Janusz Maciejowski