Justynę, żonę polskiego podoficera, Michała, poznałem ponad miesiąc temu.
Dowiedziałem się, że czeka na powrót męża, który walczył w Afganistanie.
Usłyszałem w jej głosie niepokój.
Martwiła się, mąż powinien już wrócić, ale coś się to przedłuża. Po kilkunastu dniach spotkałem ją znowu. Była już inna, radośniejsza. Zaproponowałem rozmowę z nią i z mężem. Nie o wojnie, nie o sensacjach, ale o uczuciach. Powiedziała, że porozmawia z Michałem.
Po jakimś czasie zadzwoniła, że mogę przyjść.
Mieszkanie w bloku, ładne, zadbane. Wchodząc czuje się rodzinną atmosferę. Mateuszek ma dziewiętnaście miesięcy. Jest przy ojcu, bawią się. Justyna siedzi przed laptopem, pracuje. Teraz dziecko dużo czasu spędza z ojcem. To bardzo żywy i kontaktowy chłopczyk.
Misja w Iraku Justyna miała trudne zadanie, ale rozumiała tę rozłąkę, godziła się na nią. Świadomie wyszła za żołnierza, rozważali wszystkie za i przeciw. Michał decyzję o wyjazdach podjął wcześniej. Potem konsultował ją z żoną. Polskiemu żołnierzowi nikt nie każe jechać na misję do kraju objętego wojną, jadą tylko ochotnicy.
- Wiedziałam, że będę żoną żołnierza, a nie zwykłego chłopaka, a o tym, że Michał będzie chciał wyjechać na misję, wiedziałam wcześniej – opowiada Justyna.
- Po tym, jak się poznaliśmy, wyjechałem do Iraku na pół roku. Gdy Michał wyjechał, Justyna uciekała od tych nowych uczuć: tęsknoty, zamartwiania się, śledzenia wiadomości w mediach... Oddawała się wirowi pracy, w ten sposób wierzyła, że skróci czas oczekiwania, aż wróci jej ukochany. Mieli kontakt, ale tylko telefoniczny. Pół roku, codziennie cztery minuty rozmowy, które wystarczały na krótkie powiedzenie sobie, że jest wszystko w porządku.
Każdy dzień dla niej to było czekanie, aż miną 24 godziny, z których cztery minuty będą ich wspólne.
- Było tam niebezpiecznie, zginął kolega z mojej kompanii, ja byłem z nim w patrolu – opowiada Michał. – Pomimo tego żołnierz musi nadal pełnić powierzone obowiązki i starać się robić wszystko, by taka sytuacja się nie powtórzyła. Tak myślą wszyscy w takich sytuacjach. Byliśmy w formacji bojowej, która była najbardziej narażona na atak i musieliśmy się liczyć i z takimi tragediami. Zadzwoniłem do narzeczonej, poinformowałem ją, że zginął kolega, a drugi został ranny, ale u mnie wszystko w porządku – dodaje.
- Gdy Michał dzwonił, wszystko inne przestawało dla mnie istnieć, liczył się tylko on, rzucałam wszystko, cokolwiek robiłam i wszyscy, którzy byli w pobliżu wiedzieli, że ten czas mam tylko dla niego – mówi Justyna.

Mateuszek śmieje się i w pewnej chwili nagle wskakuje na kolana ojca. Chce się bawić.
Czasami zdarzały się trudności z połączeniem, ale żony i narzeczone żołnierzy, którym się udało skontaktować, informowały się nawzajem. To były trudne chwile, ale rodziny wojskowe i na nie znajdują rozwiązanie. Wszystko trzeba robić, by czegokolwiek się dowiedzieć, ważna jest każda wiadomość. Dosłownie każda. Najgorsza jest niewiedza i brak sygnału.
To był dla nich sprawdzian uczuć, bo decyzję o ślubie podjęli jeszcze przed wyjazdem Michała. Potem powrót, dwa i pół miesiąca przygotowań i stanęli na ślubnym kobiercu. Pobrali się w Otwocku. To było w marcu 2008 roku.
Do czasu wyjazdu do Afganistanu pozostało półtora roku.
Tej wojny nie planował, ale wiedział, że jakaś misja może się pojawić. Jednak nie myślał o tym i nie czekał, aby tylko wyrwać się z domu i jak ułan zanucić „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani...”. Oddał się rodzinie i cieszył się z czasu urlopowego. To dobra strona takich wyjazdów, długi i ciężko zapracowany urlop. Reszta, to wykonywanie codziennych obowiązków.
Michał jest dowódcą drużyny.
- Z Afganistanem to było tak, że moi przełożeni uznali, że ze względu na moje kwalifikacje lepiej, żebym pojechał do Libanu. Zostałem skierowany na szkolenie właśnie na tę misję. Jednakże w trakcie przygotowań poinformowano nas, że kontyngent do Libanu nie zostanie wystawiony i moja zmiana, która miała tam jechać, nie dojdzie do skutku. – Opowiada – Po kilku miesiącach szkolenia pojechałem w grupie bojowej do Afganistanu.
Afganistan: rozłąka z dzieckiem W październiku 2008 roku urodził się Mateuszek. Michał wyjechał na wojnę do Afganistanu dwa tygodnie przed urodzinami syna. Ten wyjazd był o wiele trudniejszy uczuciowo, ale oboje wierzyli, że sobie poradzą z tą nową sytuacją życiową.
- Wiedziałam, że nie zostaję tutaj sama – mówi Justyna – miałam przy sobie drugiego mojego mężczyznę, który dzielnie się spisywał przez ten czas i czasami jeden uśmiech dziecka wystarczył, aby pomóc w chwilach załamań czy niepokoju. Bardzo też pomagali mi moi sąsiedzi z klatki obok, a także mój ojciec i siostra Agnieszka.
Teraz jednak był lepszy kontakt, bo prócz telefonów Michał miał stały dostęp do Internetu. Można też było wysyłać paczki. Ale tylko świąteczne. Paczki musiały mieć wagę do dwóch kilogramów, być zapakowane w specjalny karton. Musiały zawierać artykuły żywnościowe paczkowane lub książki. Opłatek świąteczny też procedury dopuszczały.
- Rozmawialiśmy codziennie, także przez komórkę prywatną, do której wykupiłem kartę tamtejszej sieci, aby mieć lepszy kontakt i informować żonę na bieżąco w tych najważniejszych czy niepokojących momentach – mówi Michał. – Była taka chwila, gdy zostaliśmy zaatakowani, wpadliśmy w zasadzkę i zginął wtedy mój kolega – dodaje ściszonym głosem.
To były najcięższe chwile, nie pytam dalej, Michał nie chce o tym mówić.

- Muszę rozgraniczać to co dla rodziny, a co dla pracy. Na misji naprawdę w pracy jest się 24 godziny na dobę, ale nie można być maszyną, trzeba zostawić w sobie trochę człowieczeństwa. Zresztą to nie jest tak, że jadę na wojnę, bo tam nie są prowadzone działania typowo zbrojne, ale nieregularne i jak to się mówi, póki coś się nie wydarzy zagrożenie nie jest bliskie, nie odczuwa się go.
Założenie, jakie z żoną podjęliśmy, było takie, że jadę po to, żeby wrócić i tą wiarą zarówno ona i ja żyliśmy przez ten cały czas – Justyna to potwierdza.
Współczesny żołnierz jedzie do kraju objętego wojną, aby wykonywać swoje obowiązki. Musi tam działać w służbie patrolowej, ochronnej lub w siłach szybkiego reagowania. Rozkazy, jaki jest charakter służby, dostaje na miejscu. Zadania są zmieniane i rozdzielane na poszczególne plutony. W czasie służby Michała tak było co dwa tygodnie.
- Zacytuję swojego przełożonego, który mówił, że misja jest uwieńczeniem szkolenia żołnierza, potwierdzeniem jego zdolności bojowej, żołnierzem jest się bowiem nie z mianowania, ale wtedy, gdy jest się zdolnym działać w warunkach bojowych.
Sprawdzian uczuć dla rodzin Ta misja była także sprawdzianem uczuć, bardziej niż poprzednia. Tym trudniejsza dla tej rodziny, bo z niezależnych przyczyn przedłużał się powrót do kraju.
- Złożyło się na to wiele czynników, które od nikogo nie były zależne – tłumaczy Michał. – Najpierw stan wyjątkowy w Kirgistanie, potem wybuch wulkanu, który sparaliżował Europę, a potem śmierć naszego prezydenta. Dlatego nie mogli dojechać nasi zmiennicy, więc my musieliśmy liczyć się z tym, że do końca mamy zadania do wykonania, a przy tym świadomość, że to właśnie zapewni nam bezpieczeństwo. Był to najgorszy czas dla Justyny, która już nie mogła doczekać się męża.
- Miałam takie huśtawki emocjonalne, bo miał wracać a to się przedłużało – nawet teraz, gdy opowiada o tym, jej głos jest delikatnie podniesiony, słychać i da się wyczuć pozostały w niej niepokój, ale też ulgę, że mąż jednak wrócił i jest już z nią. – To było takie siedzenie jak na szpilkach. Po raz pierwszy wtedy miałam chwile załamań, rozmawiałam o tym z mężem podczas kontaktów. Do tej pory, nigdy nie zdarzało mi się płakać, jednak teraz już nie wytrzymywałam.
- To było dla mnie najgorsze – przerywa Michał, – bo ja nie mogłem na to nic poradzić, byłem wobec tych wszystkich sytuacji bezsilny, nie miałem na nie żadnego wpływu, ani nikt inny.

Mateuszek już się niepokoi, za długo rozmawiamy, a ma obiecany spacer i coraz częściej daje znać, że jego cierpliwość już się kończy. On też czekał na ojca, a mógł go sobie wtedy tylko wyobrażać. Mama pokazywała mu zdjęcia, mówiła, że tu jest tata, cały czas opowiadała o Michale, żeby w pamięci obraz ojca pozostawał i żył w nim aż do jego powrotu. To też było jej zadanie bojowe, podobnie jak wielu innych żon żołnierzy. Zadanie to wykonała wzorowo, co przyznaje Michał.
- Były takie chwile, że opowiadałam synkowi o tacie i jak zobaczył żołnierza w telewizji, to podbiegał i krzyczał, że to jego tata.
Michał ubiera synkowi buciki, przygotowuje wózek. Dziecko jest szczęśliwe, jego tatuś wrócił i ma dla niego teraz wiele czasu. Planów na następne misje na razie nie ma. Nie wiadomo, czy się pojawią, a jeśli już, to nie wiadomo dokąd. Można spekulować, domniemywać, że tym razem to będzie Somalia, lub inne miejsce na ziemi.
Teraz najważniejszym miejscem na ziemi dla podoficera Michała jest jego dom rodzinny, żona Justyna i synek Mateuszek. Urlop i czas, kiedy można zostawić wszystko i poświęcić się dla najbliższych.
Żołnierz na wojnie ma robić wszystko, by przeżyć, a gdy jest w domu, ma dla niego żyć.
KOMENTARZ AUTORAO wojnach, w których uczestniczą polscy żołnierze napisano już tysiące artykułów, które przebijają się kolejnymi sensacjami, tajemnicami, a ładunki emocjonalne w nich zawarte są groźniejsze niż miny-pułapki, czyhające patrole wojskowe na bezdrożach objętych wojną terenów.
Te artykuły-pułapki wybuchają w domach rodzinnych żołnierzy, a ofiarami ich padają żony, dzieci, matki i ojcowie. Jak czuje się żona po rozmowie telefonicznej z mężem, gdy następnego dnia, kupując gazetę, dowiaduje się, że znowu zginęli nasi... Biegnie do domu, przytula dziecko i czeka na telefon, zajmuje się wszystkim innym, byle nie myśleć, nie dobierać sobie do głowy strasznych myśli, uciekać od uczuć?
W filmie „Byliśmy żołnierzami” Mel Gibson przed wyjazdem na wojnę do Wietnamu mówi, że domem żołnierza jest pole walki i tam jest jego rodzina. W ten sposób radzi sobie ze zbliżającą się rozłąką, z czekającą tam straszną i nieznaną tajemnicą życia i śmierci.
Moglibyśmy mu uwierzyć, ale wcześniejsze sceny pokazują go jako kochającego ojca kilkorga dzieci, szczęśliwego męża i ojca. Ale musi być twardy, jest dowódcą. Teraz tam będzie ojcem, przyjacielem i jedynym wsparciem dla takich samych jak on ojców, braci i synów.
Z filmów wojennych dowiadujemy się, że wojny są okrutne, to prawda, ale dowiadujemy się także, że są sprawdzianem wartości i cnót, a bycie bohaterem to jedyne, co przyświeca tym wspaniałym chłopcom.
To już nie jest prawda, to propaganda. Wojsko to praca, ale i pasja. To nie obsesja zabijania i władzy. To także misja, ale nie taka, jak w propagandowych filmach, nikt teraz nie jedzie zbawiać świata i ginąć za miliony w imię wielkiej idei.
Kiedy prawie 20 lat temu zostałem zapytany, czy pojechałbym do objętej wojną Jugosławii, miałem uczucia, które gryzły się nawzajem – z jednej strony chciałem, bo jakiś duch wojownika we mnie mówił, że warto się sprawdzić, ale z drugiej strony były Anna i mała Agnieszka...fot. Janusz MaciejowskiArtykuł ukazał się także:
"Linia Otwocka"