NAD RENEM 
Mały hotelik nad Renem z knajpką na parterze, nasza pierwsza kwatera przydzielona przez Ausländeramt, urząd dla uciekinierów. Pokoik nawet dość spory, a w nim dwa łóżka, szafa, komoda, stolik i dwa krzesła dopełniały typowego wyposażenia hotelowego. Z okien widok na parking i stację benzynową.
Opłacono nam noclegi ze śniadaniem, przydzielono kieszonkowe na przeżycie. Ta suma w przeliczeniu dawniej na złotówki, przyprawiała i tak o lekki zawrót głowy. Pozostało tylko czekad na rozpatrzenie naszego podania o udzielenie azylu przez odpowiednie władze niemieckie. Dla wszystkich obcokrajowców, bo nie byliśmy przecież jedynymi, chcącymi za wszelką cenę tam pozostad, procedura załatwiania była w zasadzie taka sama.
W Ratuszu nie potrzebowali już wcale tłumacza przy wypełnianiu dokumentów. Zabrali nam paszporty, zrobili dwa zdjęcia do ausweisu, czyli tymczasowego dowodu osobistego, w którym wyraźnie napisano, że pracowad nie wolno i wbito stempelek świadczący o zezwoleniu na wstępne trzy miesiące pobytu. Ośmieszaliśmy się strasznie, dzisiaj widzę to jaśniej niż kiedykolwiek, ale takie były czasy. Wymazad z pamięci i tak nam się tego nie uda…
Poszłyśmy z Lilką do kasy w socjalamcie odebrad kieszonkowe, którego miałam trochę więcej niż single, bo dla dziecka dano mi tak zwane Kindergeld i trzeba było zrobid zakupy do szkoły. Piórnik, zeszyty, kredki, pisaki, wszystko takie śliczne. Moje dziecko stało zachwycone przy kolejnym już stoisku w Kaufhalle i wybierało, co trzeba i czego nie trzeba.
– Musimy zadzwonid do taty dzisiaj wieczorem – postanawia Lilka i oczy jej błyszczą.
– Opowiem mu o wszystkim. Ma na sobie już nowiutkie bordowe sztruksy i bluzę w biało-niebieskie paseczki z nicki pluszu.
– Ta kartka drapie mnie na plecach – szepce mi do ucha.
– Chciałaś po przymiarce zostawid na sobie, to teraz wytrzymaj – śmieję się.
– W domu odetniemy – mówię i wtedy przypominam sobie, że w naszym gospodarstwie, oprócz wielu rzeczy, brakuje też i nożyczek.
Obładowane zakupami wpychamy się do budki telefonicznej. W domu była tylko Małgosia, więc opowiadamy jej na wyścigi, co dotychczas jest już załatwione i co kupiłyśmy. Ona za to miała dla mnie wieści, można powiedzied, natury kryminalnej.
Przychodzili do domu jacyś panowie, rozmawiali z tatą, wypytywali o mnie - co mówiłam, jak się zachowywałam przed wyjazdem i co ze sobą zabrałam...? Wiadomość, że nie powróciłam do domu i pracy po urlopie, zatrzęsła naszym małym miasteczkiem jak promem podczas burzy. Byłam znana i lubiana. Hańba mi! „....Inspektorat Oświaty i Wychowania w Z... wzywa obywatelkę do wyjaśnienia swojej nieobecności w pracy w dniach... roku i natychmiastowego powrotu, pod groźbą wyciągnięcia dalszych konsekwencji służbowych, aż do pozbawienia prawa wykonywania zawodu... włącznie” – czyta mi Małgosia przez telefon. Ta rozmowa będzie mnie kosztowad majątek, myślę... – Nic się nie martw, córciu – pocieszam.
– Niech ta komuna nas w nos pocałuje. A gdzie tato? – Wyszedł gdzieś.
– A Oli? – A gdzie mógłby byd Oli, mamo? –Małgosia śmieje się.
– Na siłowni!! W ostatnim czasie mój syn bardzo dbał o swoją kondycję i atrakcyjny wygląd młodego muskularnego człowieka, który właśnie stał się pełnoletni. Lilka dorzucała już kolejne monety do automatu...
– Mamo… – Nie martw się – powtórzyłam jeszcze raz, bo głos Małgosi dziwnie się załamał. – Wszystko będzie dobrze, to nie potrwa długo. Zadzwonię za parę dni, postaram się wysład wam paczuszkę na Wielkanoc. Co byś chciała? Miałam uczucie wcielenia w jakąś inną osobę, przeszłośd prawie nie liczyła się, tylko oni byli ważni: moje dzieci i mój mąż! A pracowad mogę też i tutaj, niech mi tylko azyl dadzą i zezwolenie na pracę! Skąd brałam tyle odwagi i nadziei?

NAD RENEM – Mamo, na naszej tankszteli
1 pracują Polacy!
1 Stacja benzynowa.
2 Szkoła podstawowa
3 Nocleg ze śniadaniem
4 Piwo
Z takim to okrzykiem któregoś popołudnia Lilka wbiegła do naszej rezydencji nad Renem. Wróciła właśnie ze szkoły, niemieckiej Grundschule
2. Tornister podskoczył jeszcze raz radośnie na jej plecach. Miała rozwiane włosy i zaróżowioną, uśmiechniętą buzię. Moje dziecko aklimatyzowało się chyba szybciej niż ja. I ani śladu po niedawno przebytej anginie. Dzięki Bogu, myślę i przytulam ją do siebie.
– Skąd wiesz? – pytam i pomagam jej uwolnid się od kurtki, torby ze spodniami, tenisówkami do sportu i resztkami śniadania.
– Byłam tam właśnie z Katrin i Renate kupid gumę do żucia i coś do picia, i słyszałam, że rozmawiali ze sobą po polsku! To była miła wiadomośd, bo chod minął już miesiąc naszego pobytu tutaj, nie udało nam się spotkad dotychczas żadnego rodaka. Dziewczyna z promu, która w lutym przyjechała z nami, została zameldowana w innej części miasta. Wpadła do nas kiedyś na krótko zobaczyd jak żyjemy. Była już cała happy z jakimś chłopakiem i na tym nasze kontakty się urwały.
W przeciwieństwie do mnie, do nastroju typu happy było mi daleko. Siedząc przy stole zastanawiałam się, co by tu wykombinowad na obiad. Możliwości były niewielkie, bo nie miałam dostępu do kuchni. Ciepłe śniadania w knajpie, na które schodziłyśmy co rano, przed wyjściem Lilki do szkoły, były w programie zasiłku socjalnego Übernachtung mit Frühstück
3.
Jak w hotelu i nic poza tym. Właścicielem był szpakowaty, postawny Niemiec około pięddziesiątki, o dośd nieokreślonym wyrazie twarzy, przynajmniej wtedy dla mnie.

Trudno było powiedzied, czy spojrzenia jego bladoniebieskich oczu i nieznaczne uśmieszki są oznaką lekceważenia czy sympatii. Popołudniami, do późnych godzin nocnych, serwował swoim gościom Bier
4, czasem grał z nimi w karty kopcąc cygarety, od których miał już ziemistą cerę. Nad barem zawieszony był telewizor i męska częśd mieszkaoców miasteczka, jakby nie mieli w domu TV, schodziła się wieczorami do knajpy.
Podczas transmisji meczów piłkarskich kibicowali, wrzeszcząc z podniecenia, a piwo lało się strumieniami. Żona właściciela hoteliku pochodziła z Filipin, przywieziona prawdopodobnie jako żywa pamiątka urlopowa. Była ładna i dużo młodsza od męża. Jak wszystkie dziewczyny stamtąd, mała, drobna i czarnowłosa, uwijała się cały dzieo w charakterze kucharki, kelnerki i sprzątaczki. Ale za to w niedzielę „robiła się na bóstwo” i zasiadała w kościółku w pierwszej ławce.
Ich córeczka Betty chodziła do zerówki i czasem odwiedzała nas w pokoju, by pobawid się z Lilką. Betty była podobna do matki i uwielbiała zajadad się pieczywem grubo smarowanym Nutellą, a Lilka, widząc to, zastanawiała się głośno, jak można wpychad w siebie tyle słodkości. (Betty nie rozumiała polskiego, ale mówiła za to perfekt po angielsku i niemiecku). Któregoś popołudnia zjawiła się u nas obarczona dwoma nutellowymi bułeczkami (z myślą o Lilce) i torbą wypełnioną po brzegi lalkami Barbie oraz różnymi ich strojami, a oczy mojej córci zabłysły niekłamaną, dziecięcą radością. Gdybym znała lepiej język niemiecki, to może udałoby mi się nawiązad z właścicielami hotelu bliższy kontakt, ale moje próby konwersacji były na etapie, którego lepiej nie wspominad...
W takiej sytuacji, przy użyciu języka zwanego migowym, Filipinka pozwoliła mi kilka razy zagrzad w restauracyjnej kuchni zupę z puszki, którą kupiłam w pobliskim Rewe i na tym uprzejmości się kooczyły.
– Idziemy na tanksztelę – powiedziałam do Lilki.
– Sprawdzimy, kto tam rządzi. Poza tym skooczyły mi się papierosy, więc pretekst był zrozumiały. Lilka miała rację. Jak Paweł i Gaweł, dwóch młodych rodaków obsługiwało stację benzynową. Jeden był zatrudniony „na biało” przez posiadacza stacji benzynowej, a drugi zarabiał kieszonkowe, myjąc ręcznie podstawione przez właścicieli samochody. Miło było poplotkowad w ojczystym języku i przy okazji dowiedziałam się, w jaki sposób będę mogła bez cła wysład paczkę do kraju. Zbliżała się Wielkanoc i leżąc w łóżkach przed zaśnięciem zastanawiałyśmy się z Lilką, jak je właściwie spędzimy...
W domu celebrowałam zarówno Wielkanoc, jak i Gwiazdkę. Wyjazdy na narty do Włoch lub na tajlandzkie plaże nie były jeszcze w modzie. Zresztą, kto miał kasę, ten może i jechał. Nasze Święta spędzaliśmy z rodziną, w kościele i przy stole, po uciążliwym wystawaniu w kolejkach i zdobyciu smakołyków rzuconych do sklepów. Nawet kawałek gotowanej szynki był dla mojej rodziny świątecznym rarytasem. Nie żartuję! Dziś trudno jest uwierzyd w to nawet moim wnukom.
– A święcone, mamo? Nie mamy foremki do baranka.
– Lilka patrzy na mnie poważnie i pytająco. Pisząc o tym, kręcą mi się łzy w oczach, ale wtedy musiałam byd dzielna.
– Może uda nam się bez foremki wyrzeźbid baranka z masła.
– Uśmiecham się do niej. – Możemy też kupid gotowe, kolorowe jajka.
– Eee, w domu malowaliśmy pisanki z Małgosią i Olim...
– Perspektywa kupna już ugotowanych, kolorowanych jajek nie zachwyciła jej.
– No to kupimy surowe – mówię.
– Spróbujemy ugotowad w ekspresie do kawy i pomalujemy pisakami, OK?

Mój pierwszy, niezapomniany ekspres do kawy, tzw. Kaffemaschine marki Braun, służył nam dzielnie przez parę lat. Był na początku zmuszany nie tylko do parzenia kawy, ale i spełniania innych dodatkowych funkcji. W takich podbramkowych sytuacjach, jak mówił czasami Feliks, człowiek potrafi byd sehr kreativ5.
A grzanki na żelazku? Uśmiecham się do wspomnieo...
Parę tygodni później...
To Jacek wymyślił robienie grzanek na żelazku. Było ono przyniesione ze szpermilu, czyli wystawionych na ulicy tzw. rzeczy zbędnych. Funkcjonowało i miało termostat. Kupiliśmy patelenkę, a żelazko po rozkręceniu i wyłączeniu termostatu z obiegu zaczęło działad jak normalna płyta maszynki elektrycznej. Trzeba było jeszcze obrócid krzesło, umieścid żelazko do góry nogami między szczeblami oparcia i przystąpid do dzieła!
Takie grzanki pamiętałam jeszcze z czasów mojego dzieciostwa. Teraz, jeśli przyszłaby mi ochota na zrobienie podobnych, to ich smak kojarzyd będę z naszym czasem spędzonym nad Renem…
A potrzebne były tylko: kromki bułki tzw. bagietki, trochę mleka, surowe jajko, oliwa lub margaryna do smażenia, cukier do posypania.
Moczyło się troszkę bułki w mleku, potem w rozbełtanym jajku i siup na patelnię z rozgrzanym tłuszczem. Sławek i Zdzisiu w tym czasie trzymali wartę przy drzwiach, by nikt z właścicieli nam w tej akcji nie przeszkodził. Podsmażone z obu stron na złoto grzanki, posypane cukrem, smakowały jak rarytas, a dzieci były zachwycone! Jacek z dwunastoletnim synem Damianem, Sławek z gitarą i Zdzisiu z tatuażem byli kolejnymi ”turystami” i kandydatami na azylantów, którzy zostali zakwaterowani w naszym hoteliku.
***
Odcinek 1