MAGAZYN REPORTERSKI | WYDARZENIA | REPORTAŻ | PUBLICYSTYKA | PREZENTACJEStyczeń/luty 2012 nr 1/2(58/59)

TYLKO NIE ŻYCZ MI SPEŁNIENIA MARZEŃ (1) /fragmenty powieści/

A WIOSNA BYŁA TUŻ, TUŻ…

Puściłam wodę do wanny, do niej trochę płynu o zapachu eukaliptusa. W taki ranek zimny i mglisty nie ma nic przyjemniejszego, niż zanurzyć się w ciepłej, pachnącej wodzie.  Leżę więc w niej, pod głową gumowa poduszka-muszelka, ręką przegarniam pianę i zbieram myśli. 




UCIEKŁAM Z KRAJU.


Dzisiaj mija osiemnaście lat od dnia, w którym zeszliśmy z promu na ląd. Lilka, Feliks i ja. Wszystko, co później nastąpiło, będzie tematem mojej opowieści...  Muszę to napisad, ale nie łatwo jest ująd słowami uczucia, przeżycia i emocje, jakich dostarczał nam każdy dzieo. Wierzę jednak całym sercem, że moje próby są tego warte i spotkają się z pozytywnym odbiorem, zrozumieniem, a może i wzruszeniem czytelnika.  Moja naiwnośd, odwaga, lekkomyślnośd czy też spory ładunek determinacji tamtych czasów?  Wszystko razem, w dwóch podróżnych torbach i z dzieckiem za rękę… 

MÓJ TITANIC

Rejs, na który się wybraliśmy był króciutki, trzydniowy, ale pełen atrakcji. Świnoujście – Kopenhaga – Travemünde. Po pierwsze bufet, Matko Święta, nigdy nie widzieliśmy tak zastawionego stołu, z którego można było sobie brad tyle jadełka, ile tylko dusza zapragnie i do brzucha się zmieści. Croissanty, pachnąca kawa, „strzelające” – jak je zaraz Lilka nazwała - paróweczki. Kakao, mandarynki, banany, które dotychczas otrzymywały moje dzieci w kraju na „zająca” lub od Gwiazdora, po parogodzinnym wystaniu ich przeze mnie w kolejce. Soki, soczki, ciasteczka oraz wiele innych pyszności, o których istnieniu nie mieliśmy do tej pory pojęcia. 

Super! I o to mi właśnie chodziło!  W programie mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie Kopenhagi, ale nie za długo i na własną rękę. Pamiętam, że było zimno i wietrznie, a my wałęsaliśmy się po jakimś placu z dwoma nowopoznanymi na statku dziewczynami. Z planu miasta wyczytałam, że niedaleko powinien znajdowad się też pomnik duoskiej Syrenki. Oddaliłam się od reszty, zobaczyłam ją i zachwyciłam się. Taka delikatna, dziewczęca, zawsze podobała mi się na zdjęciach. Kupiłam nawet widokówkę z jej wizerunkiem, która, jak wiele pamiątek z tamtych lat, gdzieś się zapodziała... Może Lilka ma ją do dziś? 
Po południu prom z Polakami udającymi się na spotkanie z Zachodem wypłynął w stronę Hamburga, a w wieczornym programie czekały na wszystkich inne przyjemności. Na przykład wizyta w kasynie gry po kolacji. Mój atrakcyjny mąż, lubiący zawsze robid dobre wrażenie, nawet wtedy, gdy jego kieszenie świeciły pustkami, zasiadł do ruletki z Kaśką i Elką i wygrał kilka DM. Te dwie młode rodaczki uczepiły się naszego towarzystwa, a szczególnie jedna z nich nie odstępowała Feliksa. 
Posiedziałam w kajucie przy Lilce kilkanaście minut, czekając na jej zaśnięcie, potem przebrałam się, poprawiłam makijaż i wróciłam do dużej sali, gdzie miał za chwilę zacząd się „Bal kapitaoski”. Jest on niewątpliwą atrakcją każdego rejsu, niezależnie od tego, czy trwa on trzy dni, czy parę tygodni i płynie dookoła świata. Bardzo miło pozostały mi w pamięci ostatnie chwile spędzone tego wieczoru z Feliksem. Wesoła atmosfera, zespół grał przyjemnie, opowiadaliśmy dowcipy, taoczyliśmy. Uśmiecham się teraz do wspomnień i myślę, że było jak w starym kinie. „Ostatnie tango” przed rozstaniem. Byliśmy prawie dwadzieścia jeden lat po ślubie i tego wieczoru taoczyliśmy tango na statku, który wiózł nas w nieznane. Zawsze taoczyło mi się dobrze z Feliksem, ale tego wieczoru jakoś szczególnie przyjemnie. Myślałam, że go bardzo kocham i ta zmiana, którą zaplanowaliśmy w naszym życiu musi się udać. 

***  Mądralo jedna, myślę dzisiaj o sobie. On wtedy już cieszył się, że weźmiesz wszystko na siebie. Całą odpowiedzialnośd urządzenia was w obcym kraju, załatwienia koniecznych formalności. Słyszało się to i owo od rodzin tych, którzy już wyjechali do „krain szczęśliwości i dobrobytu”. Cieszył się, że przyjedzie na gotowe. Kochana, po prostu uśpił twoją czujnośd.  Zrobiło mi się nagle zimno i wyszłam z wanny.  Tamtego jednak wieczoru, na statku jak na Titanicu, niczego nieświadoma, taoczyłam tango z mężem i w duchu wybaczałam mu jego dawne skoki w bok. Byłam pełna dobrych chęci i nadziei, bo mieliśmy zacząd nowe, wspólne życie.  Siedzieliśmy właśnie przy stoliku, gdy nagle ten przechylił się, zakręciło również pozostałymi stolikami, jakby ktoś bez zapowiedzenia włączył karuzelę. Filiżanki z niedopitą kawą leciały na podłogę, orkiestra przestała grad i z powodu nadciągającego sztormu poproszono nas o udanie się do kajut.

Pomaraoczowych kamizelek jednak nie rozdawali. Szukając naszych dziupli w labiryncie wąskich korytarzyków, odbijaliśmy się od ściany do ściany, bo huśtało coraz bardziej.  Lilka siedziała na łóżku gotowa właśnie do oddania tego, co pochłonęła z wielkim apetytem na kolację, a Feliks zajął miejsce w toalecie. Później tylko wymienialiśmy się miejscami. Niepokój na morzu trwał dobrą godzinę. Córcia, znużona i już jako niemowlę lubiąca, by ją do snu pohuśtano, oddychała równo, ale my nie myśleliśmy o spaniu. Leżeliśmy obok siebie na wąskim, okrętowym łóżku i ustalaliśmy kolejnośd działania: Feliks wróci do domu, bo to ja sama powzięłam decyzję pozostania z dzieckiem w Niemczech. A gdy afera w naszym miasteczku troszkę ucichnie, postara się „załatwid” paszporty i wizy dla Małgosi i Olka. W tamtych latach paszporty i wizy wyjazdowe, nawet do krajów europejskich, trzeba było załatwiad. No, ale w ramach tzw. łączenia rodzin nie powinno mu to sprawid większej trudności, tym bardziej, że ma znajomości w SB. Później sprzeda parę wartościowych drobiazgów, które w domu posiadaliśmy, zlikwiduje mieszkanie, dojedzie do nas i będziemy żyd wszyscy razem długo i szczęśliwie!  Zadowoleni z naszego chytrego planu, troszkę pokochaliśmy się na pożegnanie, a gdy burza ucichła Feliks postanowił spróbowad jeszcze raz szczęścia w kasynie. Zasnęłam i nie usłyszałam, kiedy wrócił do kajuty. Nie pamiętam też, czy śniło mi się coś tej nocy.  A powinien to byd sen o burzy z piorunami, lecącymi na moją głowę i o smokach-straszydłach w zielonych kubrakach. Sen, który może odwiódłby mnie od powziętego zamiaru, bo przecież wierzyłam w sny.  Nie odebrałam jednak żadnego znaku... 

PODRÓŻ W NIEZNANE

Jeszcze tylko spacer po Hamburgu, jakiś pasaż z butikami, a w nich ciuchy jak z katalogów, souveniry – coś trzeba kupid dla Małgosi i Oliwera, aby Feliks mógł zabrad...  Lilka zachwycona przed wystawą z lalkami: – Mamo, taką bym chciała... Tak, taką ci kiedyś kupię, córeczko...  Powoli narastał we mnie niepokój, bo zbliżał się czas rozstania. Do odjazdu pociągu, który miał zawieźd mnie i dziecko do znajomej rodziny, zostało tak niewiele minut. Ten niepokój, gdy opisuję dziś moją historię, jest też teraz we mnie. Jeszcze większy niż wtedy, bo dziś jestem świadoma faktów, o których wtedy nie miałam pojęcia. Strach, jakbyśmy miały przeżywad to rozstanie od nowa. Nie, błagam, nie, nie chcę więcej żegnad się na dworcu w Hamburgu!  Feliks wrócił sam na prom, na którym podobno, jak czytałyśmy później w liście od niego, zostało tylko paru Polaków. Przypominało mi to notatkę w gazecie, z której śmialiśmy się kiedyś w domu: „Z wycieczki autobusowej do Wiednia wrócił do Wrocławia tylko sam kierowca”. 
A Lilka i ja, dwie nowe kandydatki na azylantki, jechałyśmy komfortowym ICE w kierunku Nordrhein-Westfalen. Z nami zabrała się też jedna z dziewczyn, Elka, która całkiem „w ciemno” jechała do spodziewanego dobrobytu. Poznanie nas na promie uważała za wspaniały zbieg okoliczności. Kaśka, zachwycona (naprawdę, nie zmyślam!) ulicą uciech na St. Pauli, którą zobaczyła poprzedniego wieczoru, postanowiła zostad w Hamburgu, by przekonad się, czy faktycznie udałoby się jej w nowym zawodzie zarobid dobrą kasę. Tym bardziej, że poznała w porcie jakiegoś Darka, który obiecał jej pomoc w zaaklimatyzowaniu się w tym mieście. 

***  Znajomi, u których wylądowałyśmy późnym wieczorem, mieszkali od roku w jednym pokoju z malutką kuchenką i łazienką. Przed tygodniem przyjechała do nich z Polski koleżanka z przyjacielem, a przed dwoma dniami jej faktyczny mąż. Do tego stanu zagęszczenia dołączyła nasza dzielna trójka i gościnnie posłano nam na podłodze. Zresztą było nam w tym momencie i tak wszystko jedno, a Lilka zasnęła z kurtką podłożoną pod głowę, przytulając do siebie pluszową myszkę Mickey.  Wczoraj rano zadzwoniłam do mojej córki do pracy i przeczytałam jej napisany fragment. 
– Co pamiętasz jeszcze z tych pierwszych dni?  Przełknęła, bo akurat jadła śniadanie. 
– Napisz o myszce Mickey – powiedziała i zaczęła opowiadad epizod, o którym zapomniałam, a okazał się bardzo ważnym faktem w pamięci mojego dziecka. Do dziś.  Pamiętnego dnia, czekając na pociąg w Hamburgu staliśmy wszyscy na peronie. Lilka i ja przed kioskiem dworcowym, w którym prezentowało się tyle fajnych rzeczy, a Feliks nieopodal rozmawiał z dziewczynami i poznanym wcześniej Darkiem. 
– Mamo, proszę, chociaż tę myszkę.
– Moja córka nie odrywała oczu od wystawy. 
– Lilka, nie mogę, przestao proszę, ona jest droga – mówię i odwracam się, szukając oczami mojego męża. Nadal stał z nimi, nie patrząc na nas. 
– Ale mamo! – Oczy Lilki zaczęły napełniad się łzami. Niedaleko nas nieznajomy starszy pan oczekiwał również przybycia pociągu. Byd może rozumiał polski, chod obserwując nas obie nie trudno było domyśled się, o co chodzi dziecku. Podszedł do nas bliżej, z uśmiechem skinął ręką mojej córce, aby pokazała mu, która zabawka tak bardzo jej się podoba i kupił ją uszczęśliwionej Lilce. Wybąkałam „danke szejn”, on staromodnym gestem uchylił kapelusza i rzuciłyśmy się do pożegnania z Feliksem, bo nasz pociąg zaczął wjeżdżad na peron. 
Taka myszka, prezent na początek, drobiazg jak znak, że może nie będzie nam aż tak trudno w tym Deutschlandzie? 

POPROSZĘ O AZYL

Mały hotelik nad Renem z knajpką na parterze, nasza pierwsza kwatera przydzielona przez Ausländeramt, urząd dla uciekinierów. Pokoik nawet dośd spory, a w nim dwa łóżka, szafa, komoda, stolik i dwa krzesła dopełniały typowego wyposażenia hotelowego. Z okien widok na parking i stację benzynową. 
Opłacono nam noclegi ze śniadaniem, przydzielono kieszonkowe na przeżycie. Ta suma w przeliczeniu dawniej na złotówki, przyprawiała i tak o lekki zawrót głowy. Pozostało tylko czekad na rozpatrzenie naszego podania o udzielenie azylu przez odpowiednie władze niemieckie. Dla wszystkich obcokrajowców, bo nie byliśmy przecież jedynymi, chcącymi za wszelką cenę tam pozostad, procedura załatwiania była w zasadzie taka sama.  W Ratuszu nie potrzebowali już wcale tłumacza przy wypełnianiu dokumentów. Zabrali nam paszporty, zrobili dwa zdjęcia do ausweisu, czyli tymczasowego dowodu osobistego, w którym wyraźnie napisano, że pracowad nie wolno i wbito stempelek świadczący o zezwoleniu na wstępne trzy miesiące pobytu. Ośmieszaliśmy się strasznie, dzisiaj widzę to jaśniej niż kiedykolwiek, ale takie były czasy. Wymazad z pamięci i tak nam się tego nie uda… 
Poszłyśmy z Lilką do kasy w socjalamcie odebrad kieszonkowe, którego miałam trochę więcej niż single, bo dla dziecka dano mi tak zwane Kindergeld i trzeba było zrobid zakupy do szkoły. Piórnik, zeszyty, kredki, pisaki, wszystko takie śliczne. Moje dziecko stało zachwycone przy kolejnym już stoisku w Kaufhalle i wybierało, co trzeba i czego nie trzeba. 
– Musimy zadzwonid do taty dzisiaj wieczorem – postanawia Lilka i oczy jej błyszczą.
– Opowiem mu o wszystkim.  Ma na sobie już nowiutkie bordowe sztruksy i bluzę w biało-niebieskie paseczki z nicki pluszu. 
– Ta kartka drapie mnie na plecach – szepce mi do ucha.  – Chciałaś po przymiarce zostawid na sobie, to teraz wytrzymaj – śmieję się.
– W domu odetniemy – mówię i wtedy przypominam sobie, że w naszym gospodarstwie, oprócz wielu rzeczy, brakuje też i nożyczek.  Obładowane zakupami wpychamy się do budki telefonicznej. W domu była tylko Małgosia, więc opowiadamy jej na wyścigi, co dotychczas jest już załatwione i co kupiłyśmy. Ona za to miała dla mnie wieści, można powiedzied, natury kryminalnej.

Przychodzili do domu jacyś panowie, rozmawiali z tatą, wypytywali o mnie - co mówiłam, jak się zachowywałam przed wyjazdem i co ze sobą zabrałam...? Wiadomośd, że nie powróciłam do domu i pracy po urlopie, zatrzęsła naszym małym miasteczkiem jak promem podczas burzy. Byłam znana i lubiana.

Haoba mi!  „....Inspektorat Oświaty i Wychowania w Z... wzywa obywatelkę do wyjaśnienia swojej nieobecności w pracy w dniach... roku i natychmiastowego powrotu, pod groźbą wyciągnięcia dalszych konsekwencji służbowych, aż do pozbawienia prawa wykonywania zawodu... włącznie” – czyta mi Małgosia przez telefon.  Ta rozmowa będzie mnie kosztowad majątek, myślę... 
– Nic się nie martw, córciu – pocieszam.
– Niech ta komuna nas w nos pocałuje. A gdzie tato? 
– Wyszedł gdzieś. 
– A Oli? 
– A gdzie mógłby byd Oli, mamo?
–Małgosia śmieje się.
– Na siłowni!!  W ostatnim czasie mój syn bardzo dbał o swoją kondycję i atrakcyjny wygląd młodego muskularnego człowieka, który właśnie stał się pełnoletni. Lilka dorzucała już kolejne monety do automatu... 
– Mamo… 
– Nie martw się – powtórzyłam jeszcze raz, bo głos Małgosi dziwnie się załamał.
– Wszystko będzie dobrze, to nie potrwa długo. Zadzwonię za parę dni, postaram się wysład wam paczuszkę na Wielkanoc. Co byś chciała? 

Miałam uczucie wcielenia w jakąś inną osobę, przeszłośd prawie nie liczyła się, tylko oni byli ważni: moje dzieci i mój mąż! A pracowad mogę też i tutaj, niech mi tylko azyl dadzą i zezwolenie na pracę!  Skąd brałam tyle odwagi i nadziei?

Autorka o sobie:


HISTORIA JAKICH WIELE

Zaproponowano mi i przyjęłam jako jeszcze jedno, życiowe wyzwanie.  Obiektywnie napisać recenzję dwóch książek, których sama jestem autorką?
Ależ to trudne. Tym bardziej, że dotyczyć ma tematu aktualnego od lat: emigracji. I co mam powiedzieć tym wszystkim Polakom, którzy nie czytali moich książek, ale mają zamiar wyjechać? Do Anglii, Niemiec, Irlandii lub innego kraju, aby zarobić więcej niż w Polsce - na mieszkanie, samochód, może nawet budowę domku ( jak dobrze pójdzie...)
A może udałoby się zostać tam, gdzie jest lepiej, ładniej i dostatniej? Od lat, w polskiej mentalności niewiele się zmieniło. Dziewczyny marzą o wyjeździe, o wyjściu za mąż za obcokrajowca, o wrażeniu, jakie zrobią gdy zajadą ( może czerwonym Ferrari ) do rodzinnego miasteczka z Niemcem lub Anglikiem u boku? Nikt nie myśli o barierze językowej, o różnicach kultur dwóch krajów; Polski i tego, do którego się wybieramy, który znamy z filmów i opowiadań. Opowiadań tych, którzy byli i wrócili. Jakże ubarwione są ich opowieści. Znałam je już wcześniej od podszewki, nie wiedząc jednak, że są koloryzowane i jak ciasteczka polukrowane.
Dopiero, gdy czytamy w prasie o dziewczynach, które zamiast zatrudnienia do pracy, w restauracji na zmywaku, wylądowały w tak zwanych Night Clubach zwanych potocznie burdelami, otwierają nam się oczy, ale tylko troszkę. Jedziemy! Nam się to nie zdarzy!  Bohaterka moich książek zaryzykowała.
Matka trojga dzieci próbująca w domu związać  przysłowiowy koniec z końcem. Było to w roku 1988. Kto pamięta tamte lata? Myślę, że nie potrzebuję serwować przykładów i wymieniać powodów, dlaczego wielu Polaków opuszczało wtedy kraj. Problem był w tym, że taka podróż mogła się odbyć tylko w jedną stronę i "w ciemno". Co kierowało moją bohaterkę: odwaga, naiwność czy spory ładunek determinacji?
Myślę, że czytelnik odpowie sam na to pytanie. Wyjeżdżając za granicę ( nie mam tu na myśli wyjazdu w odwiedziny do rodziny) nikt nie bierze pod uwagę trudności, jakie będą piętrzyć się przed nim, formalności, których trzeba dopełnić przy ( najczęściej ) nieznajomości obcego języka i zdarzeń, gdy czasem trzeba będzie się też rumienić, bo jest się uciekinierem z własnego kraju!  Moje książki są zapisem przeżyć, przemyśleń i emocji bohaterki. Notesem wrażeń radosnych i smutnych, nieprzewidzianego rozdarcia rodziny, tęsknoty za bliskimi i przyjaciółmi, którzy pozostali w Polsce.  Zawierają też garść spostrzeżeń o stosunku Niemców do Polaków oraz pełną miłości i wielu sprzeczności historię polsko-niemieckiego małżeństwa. Może ktoś powie, że zna bardzo pomyślną story pewnego emigranta czy emigrantki? I taką, w której żyli długo i szczęśliwie? Być może, ale ja znam właśnie tę, którą opisałam.

Anna Strzelec



fot. Janusz Maciejowski

Komentarze

Komentarz 24/06/2010 o godz. 11:00, A.Strzelec pisze:
Autora cieszy każde słowo uznania:) dzięki i prywatnie dodam, że obie moje pozycje ( cz.II Druga pora życia czyli jak zabija się miłość ) są jak syjamskie bliźnięta i tak też powinny być traktowane. Do nabycia w wyd.radwan.pl Zapraszam.
Komentarz 13/06/2010 o godz. 14:26, danka pisze:
...no i popatrz..przetrwalas wszystko..wyszlas "z tarcza"..Tylko podziwiac i gratulowac. Wspaniala ,madra ksiazka.Teraz czekam na cz.2,juz wydana....
Komentarz 10/06/2010 o godz. 13:05, Anna Strzelec pisze:
Dziękuję i pozdrawiam również. Niezależnie ile lat minęło, odczucia i dreszcz emocji - są wciąż żywe...
Komentarz 10/06/2010 o godz. 00:11, polipa pisze:
prawdziwe historie... życiowe Kobieta bardzo odważna,, podziwiam świetnesmile
Komentarz 09/06/2010 o godz. 23:22, asia pisze:
Odwazna Kobieta ...pozdrawiam ...
Napisz komentarz

Imię/pseudonim:


Treść komentarza:
cry tongue sad sleepy mad biggrin confused cool smile happy suprised drool


Kod z obrazka:
Przepisz dwa słowa z obrazka w pole pod nim (bez spacji między wyrazami).

Zapowiedzi










katalog stron Statystyki, katalog stron www, dobre strony internetowe Bookmark and Share dodajdo.com dodajdo.com
więcej »  Komentarzy: 0

Reklama















Odwiedź Nasz Profil na PlanujemyWesele.pl

Photopixo - Świat FotoVideo Szybciej i Wygodniej

więcej »  Komentarzy: 0

REDAKCJA

Redaktor Naczelny:
Janusz Maciejowski
tel. 0-
503670896
e-mail: j.maciejowski@nlt.media.pl

Redaktor Techniczny:
Andrzej Juliusz Gąsowski
e-mail: andgasow@o2.pl


Współpraca:
Krystyn Fok
Andrzej Kamiński
Konrad Koczywąs



Wydawca:
MidMedia
ul. Konopnickiej 8/5
05-400 Otwock


ISSN: 1899-5512
Rejestr dzienników i czasopism nr: III Ns rej. Pr 695/08 (Sąd Okręgowy Warszawa Praga)



Copyright © 2009 New Light Times
designed by Michał Browarski