MAGAZYN REPORTERSKI | WYDARZENIA | REPORTAŻ | PUBLICYSTYKA | PREZENTACJEStyczeń/luty 2012 nr 1/2(58/59)

Wyrzut sumienia Franciszka Kani (6)

Do zadymionego pokoju, niczym struś pędziwiatr, wpadł redakcyjny goniec. Od progu oznajmił, że natychmiast mam biec do szefa, a gdy zbliżył się do biurka dodał, że w Otwocku wojna.
- Co ty pleciesz baranie? Jaka wojna? 
- Tyle wiem, ile podsłuchałem – odpowiedział i swoim zwyczajem, gdy był zakłopotany, zaczął drapać się w głowę. 
- Goń więc podsłuchiwać dalej – poleciłem, a sam zacząłem się pospiesznie zbierać, bo naczelny nie lubił czekać. 
- Słucham szefie, coś się stało? 
- Nie rozsiadaj się! – nakazał naczelny, widząc że chcę zasiąść za stołem, przy którym codziennie odbywają się kolegia redakcyjne, a w których raz tylko zdarzyło mi się brać udział.
Wezwano mnie, by opieprzyć za nie umieszczenie słowa towarzysz przed nazwiskiem powiatowego działacza PZPR w informacji o otwarciu domu kultury. - Przed redakcją czeka już samochód. Pojedziesz do Otwocka, bo coś się dzieje na dworcu. Jakieś łobuzy obrzuciły kamieniami kolejowy komisariat milicji. Zrobiło się głośno, bo spora grupa mieszkańców przygląda się, jak milicja próbuje ich „zdjąć”. Tylko ani słowa o „Solidarności”. To są łobuzy. Pamiętaj! – podkreślił znacząco. Ze Wspólnej ruszyliśmy do placu Trzech Krzyży i wjechaliśmy w al. Ujazdowskie. Janek, redakcyjny kierowca, nagle zatrzymał fiata. 
- Panowie, rzucili dupny papier, jak pozwolicie kupię kilka korali – zapytał mnie i fotoreportera Zbyszka.
- Szef nas ubije! Materiał chce na już, do jutrzejszego wydania – tłumaczyłem ale Janek i Zbyszek nalegali.
- Materiał nie zając, nie ucieknie a papier rozkupią i Bóg raczy wiedzieć, kiedy znów go rzucą na sklepy.
- Mieli już swoje rodziny, więc papier schodził w ich domach, niczym woda w klozecie.
- No walcie, ale szybko – zgodziłem się i nie mając nic lepszego do roboty zacząłem przeglądać biuletyn PAP-u. 

„W Łodzi obraduje pierwsza tura I Walnego Zebrania Delegatów NSZZ „Solidarność Ziemi Łódzkiej. 25 czerwca, podczas drugiej tury WZD, na przewodniczącego Zarządu Regionu zostanie wybrany Andrzej Słowik.” 
„5 maja ukazał się 1. numer „Solidarność Jastrzębie” – Tygodnika Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Redagują go m.in. Jerzy Skwara, Stefan Kosiewski, Zofia Zaremba, Bolesław Edelheit-Winczewski.”  „6 maja sejm uchwalił ustawy: o związkach zawodowych rolników indywidualnych, o rejestracji kółek rolniczych oraz związków kółek i organizacji rolniczych, a także o rejestracji organizacji międzyzwiązkowych”.  ”W więzieniu we Wronkach rozpoczął się bunt więźniów. Więźniowie domagają się poprawy warunków życia, wynagrodzenia za pracę i respektowania praw obywatelskich.”  
- No i co? Szybko? – usłyszałem przez otwarte okno. Janek i Zbyszek z kilkoma sznurami rolek papieru toaletowego na szyjach śmiali się, że wykołowali kolejkę sięgającą kilkudziesięciu metrów. - Jak wam się to udało? – zagadnąłem, bo od dawna chciałem wiedzieć, jak Jankowi udaje się zdobywać, nieomal dla całej redakcji, schab, kiełbasę „Podwawelską”, parówki, rajstopy dla koleżanek...
- Tym razem walnąłem kolejkę na poród żony. Że w szpitalu, że pierworodny syn, że komplikacje porodowe...Jedna babcia, to nawet zaczęła mi radzić, gdzie kupić tetrę na pieluchy, a gdzie kocyk – koniecznie niebieski, bo chłopak.
Za każdym razem zmyślam co innego. Dobry sposób jest też na sąsiada. Podchodzisz do kolesia, który jest już blisko lady i witasz się głośno: „Witam sąsiedzie! Zajął mi sąsiad kolejkę? Mówiąc to, do kolesia puszczasz oko. Jak załapie, to wciskasz się za niego i jesteś już blisko lady. Kiedy niby sąsiad nie kapuje, przepraszasz mówiąc, że jest podobny do Grześka. Przeważnie jednak chłopaki kumają.
- To nic w porównaniu ze Staszkiem Stadniczenko z warszawskiego AZS-u – zaczął  z kolei swoją opowieść Zbyszek.
- Jest sekretarzem zarządu i na głowie ma, między innymi ośrodek sportów wodnych w Nieporęcie, który niedawno został przejęty przez AZS od „Wisły”. Najpierw trwały remonty hangarów, domków campingowych, naprawa pomostów…W tym roku przyszła kolej na meblowanie.

Stadniczenko wysmarował pismo do hurtowni na Okęciu. Wypisał w nim, że to dla studentów, że w otwarciu ośrodka ma wziąć udział rektor Politechniki i Uniwerku, że sportowo pozdrawia dyrektora. Pismo wetknął pracownikowi w garść, dołączył kilka proporczyków i nakazał bez zgody na zakup mebli nie wracać. Pracownik pojechał i nawet dostał się do gabinetu dyrektora. Tyle tylko, że ten pokiwał ze zrozumieniem głową i odmówił, zasłaniając się brakiem kozetek, szafek i tego wszystkiego, o co AZS występował.
– Ty chuju rybi – wyrzekł Stadniczenko do pracownika, gdy ten wrócił bez mebli.
– Siadaj i ucz się życia – nakazał i wykręcił numer do hurtowni.
– Hurtownia? Tu Barański z Trybuny Ludu, pani da mi dyrektora – nakazał komuś po drugiej stronie telefonu. – Dyrektor? No witam. Barański z Trybuny Ludu się kłania. Co wy dyrektorze żałujecie studentom, a w dodatku sportowcom, mebli? Chłopaki z AZS-u otwierają ośrodek w Nieporęcie. Za tydzień ma wizytować go sekretarz KW-u Kępa, a wy taki numer wykręcacie?- Na chwilę Stadniczenko zamilkł, bo widocznie dyrektor tłumaczył się.
– No już dobrze, dobrze. Za godzinę chłopaki wpadną do was i dajcie im, co potrzebują. No, a później zadzwońcie do redakcji, że sprawa załatwiona. Cześć pracy, dyrektorze.
– A jak zadzwoni do Trybuny? – zapytał logicznie młody pracownik, słuchający swego szefa z przejęciem – A niech dzwoni! Nazwiska z przejęcia nie zapamiętał, a jak komuś powie, że sprawę studentom załatwił, to jedynie go pochwalą. 
- No niezły numer – zgodził się kierowca Janek i zwracając naszą uwagę, że dojeżdżamy do Otwocka zapytał czy oglądaliśmy wczoraj Dziennik telewizyjny a widząc, że nie potwierdzamy szybko dodał:
- Pokazali gościa, u którego w mieszkaniu milicja znalazła sześć garniturów. I co? I zrobili z niego spekulanta, co to kupił gdzieś w sklepie aż tyle „kościelnych” okryć, pewnie na handel i to z zyskiem, gdy inni będą musieli chodzić w starych łachach. Spekulant tłumaczył się, że lubi być elegancko ubrany ale to nie przekonało milicjantów i prokuratora. Zapuszkowali gościa – śmiał się Janek i dodał, że gość frajer, bo dał się złapać.
- Szykuj aparat, bo niewiadomo co tu zastaniemy – nakazałem Zbyszkowi a Jankowi, by nie plótł trzy po trzy. - Spokojna głowa, nie ucz ojca dzieci robić – odpowiedział ale aparat uzbroił w kliszę i zmienił obiektyw. Otwock dobrze znałem, więc Janka pokierowałem wprost na dworzec kolejowy. Kłębił się przed nim już niezły tłum. W powietrzu wirowała złość, a oczy wszystkich wpatrywały się w niewielki domek kolejowej milicji. 
- Co tu się dzieje? Jestem z Trybuny Mazowieckiej – zapytałem młodej kobiety. - Dwóch podpitych młodych ludzi obrzuciło posterunek kamieniami. Z posterunku wyskoczył kapral MO i jakiś funkcjonariusz w cywilu, pewnie ORMO-wiec – relacjonowała kobieta, a w głosie jej dominowała złość i jakiś ton nienawiści. Czyżby do milicji? Zastanawiałem się. Chyba to niedorzeczne.
– Wywiązała się szarpanina. Oberwali też funkcjonariusze ale zdołali zaciągnąć młodych do komisariatu, gdzie mocno ich pobili. Myślę, że za mocno – podkreśliła z naciskiem młoda kobieta, a do mnie przecisnął się młody chłopak.
- Słyszałem, że jesteś z gazety. Pisz prawdę. A jak ci jej szef nie puści, zachowaj, bo się przyda na potem – zaczął tajemniczo, więc poprosiłem o nazwisko. Nie podał.
- Napisz: Zenek. Musi wystarczyć – odpowiedział tajemniczo.
- Wracałem z pracy. Wysiadłem z pociągu i zauważyłem grupę ludzi przy kolejowym komisariacie. Podszedłem bliżej – krzyczano coś, że dwóch zatrzymała i pobiła milicja. Nagle sam zobaczyłem jednego z tych bitych. Jego twarz całą we krwi, przyciśniętą do szyby. Szyba była cała zamazana tą krwią. To był bardzo młody człowiek, pewnie mój rówieśnik. Był na pewno bestialsko bity, choć sam bezpośrednio nie widziałem, jak go bili. Strasznie krzyczał. Oceniłem, że jest źle. Pobiegłem do domu i zadzwoniłem do kolegi z „Polmozbytu”, Drzewińskiego. Obaj byliśmy w komisji zakładowej „Solidarności”.
Drzewińskiego delegowaliśmy do Komisji Interwencji Regionu Mazowsze, więc był właściwą osobą w tej sytuacji. I natychmiast po tym telefonie wróciłem przed komisariat. Tu już się kłębił duży tłum. Rozwścieczony, ale i jakoś hamujący się jeszcze. Sporo podpitych, sporo łobuziaków. Trochę gapiów.
Reszta – zwykli wracający z pracy ludzie – mówił pospiesznie i przeprosił, że musi iść, że później mnie odnajdzie i opowie więcej. Gdzieś od ulicy Orlej, od przejścia zarośniętego gęstymi krzakami, przedostało się podobno kilku milicjantów. To pogarsza sytuację, tłum jest przekonany, że G. i M. nie wyjdą żywi. Ktoś wreszcie wpada na pomysł, że trzeba wezwać pogotowie. Z tłumu padają pierwsze okrzyki, że tych „sk...” z komisariatu trzeba spalić. Pojawia się informacja, że obu zatrzymanych już wywieziono. Tymczasem i po stronie „Solidarności”, i po stronie władzy mobilizacja. Najbliżej są oczywiście działacze lokalnej „S”. Przed wieczorem przybywa pogotowie. Na noszach wynoszą M., przysłoniętego kocem. Jest nieruchomy. Ktoś w tłumie rzuca, że zawiozą go nie do szpitala, ale „gdzieś, żeby go zakatować”. Nie wiadomo kiedy wyprowadzono G., który jako mniej poszkodowany został przewieziony na Komendę MO w Otwocku.  Zbyszek zmienia już drugą kliszę w służbowym aparacie, ale na ucho mi szepcze, że zdjęć nie odda w redakcji. – Andrzej, tu dzieje się historia – stwierdza z przejęciem i trzaska zdjęcie za zdjęciem. W drzwiach komisariatu znika Zenek a z nim kilku jego kolegów.
Później mówił:  - Przedostaliśmy się do komisariatu. Pobitych już nie było. Ten komisariat tylko dlatego nie został podpalony, że w środku byli ludzie z „Solidarności”. W przedsionku usłyszałem jakby chlupanie wody. I odór benzyny. Wyskoczyłem. Podpalacza nie widziałem, posłałem mu tylko wiązankę: – „Solidarność” ty sukinsynu chcesz spalić? Wtedy inni go odciągnęli. Spoglądam wokół siebie, bo Zenek znów znika. Ruch kolejowy jest wstrzymany, na dworzec nie można się dostać. Tłum zapełnia całe torowiska od strony ulicy Orlej, wylewa się poza teren PKP. Tych ludzi jest może dwa tysiące, może więcej. Ich agresja rośnie. Ktoś z „S” radzi, żeby sprowadzić straż ogniową, za chwilę może się zdarzyć podpalenie komisariatu.  Przyjeżdżają wozy straży. Przyjeżdża też ekipa z Regionu. Niestety, nie ma Zbyszka Bujaka, którego się spodziewają, którego żąda tłum. Jest jego zastępca, Seweryn Jaworski, i szef Biura Interwencji, Zbyszek Romaszewski. Paradoks – przyjeżdżają po to, żeby bronić przed gniewnym „ludem” oblężonych w komisariacie przedstawicieli „władzy ludowej”.
Tłum próbuje wyłamać drzwi, padają nazwiska milicjantów i ormowców, którzy najbardziej wyróżnili się w biciu. Ludzie krzyczą: – Dać tu rudego!, inni mają rachunki z komendantem ORMO, niejakim Sikorą. Ten podobno był wyjątkowym sadystą.  Przemawia Romaszewski – mówi o praworządności, o tym, że rozpoczęły się nowe czasy, jest przecież „Solidarność”. Nie będzie trudno znaleźć winnych, a winni zostaną ukarani.To nie trafia. Tłum chce winnych natychmiast, chce sam wymierzyć sprawiedliwość. Coraz wyraźniejsze, realniejsze jest widmo linczu. Trzech milicjantów i jakiś rudy kapral siedzą śmiertelnie wystraszeni w celi. Liczą już tylko na tych z „S”. Więc ktoś ze związkowców stosuje wypróbowany sposób – intonuje „Mazurka Dąbrowskiego”. I tym razem skutkuje – tłum staje na baczność (!). Potem jeszcze „Boże, coś Polskę”. Robi się trochę spokojniej. Na krótko. Miejscowe władze są oczywiście bezradne. Przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej, niedawno wybrany w ramach odnowy, godzi się nawet z przedstawicielami Regionu Mazowsze, że „temu tłumowi trzeba coś dać. Jakąś satysfakcję”. Byłoby najlepiej, żeby przywieźć tu obu zatrzymanych, wszystko jedno, w jakim stanie, przecież są żywi i mniej więcej zdrowi. Niestety – z tym jest problem. Jeden z nich, G., jest zatrzymany w Komendzie Miejskiej MO w Otwocku. Tu zaś decyduje komendant stołeczny, płk Rusinowicz.
To właśnie Rusinowicz przysłał do Otwocka duże siły ZOMO, jako najlepszy sposób na rozwiązanie problemu. Dochodzi do konfliktu wewnątrz „władzy”. Rozsądny prokurator rejonowy, Karol Napierski, jest zdecydowanie przeciwny wprowadzeniu do akcji ZOMO. Twierdzi – jak dziś wspominają ludzie – że to tylko zaostrzy konflikt w mieście, może doprowadzić do tragedii.

Powstrzymywanie szalonych i groźnych pomysłów Rusinowicza, który sam przybył do Otwocka i „dowodzi” z Komendy Miasta, staje się głównym i najważniejszym zadaniem przewodniczącego Miejskiej Rady oraz prokuratora Napierskiego. A nie było to wcale zadanie łatwe, Rusinowicz nie uparł się sam z siebie, ma też swoją „górę”. Ekipa „S” poszukuje jednocześnie i Bujaka, który jest coraz bardziej potrzebny – agresywny tłum skanduje: „Bujak, Bujak” – i zatrzymanego przez MO (czy raczej specsłużby) drugiego z poszkodowanych, M.  Jaworski i Romaszewski angażują do tego wicepremiera Rakowskiego. Otrzymują sprzeczne informacje. Poważnie pobity M. ma być w szpitalu przy Grenadierów. Okazuje się, że go tam nie ma. Ma być w szpitalu psychiatrycznym w Pruszkowie – też nieprawda. Kolejna wersja to Izba Wytrzeźwień w Warszawie.  Jest noc. Agresja tłumu rośnie. Znów ostry zapach benzyny. Romaszewski zachrypnięty czuje, że brak mu argumentów, rzeczowy Seweryn Jaworski po nieskutecznej próbie dialogu z tłumem wpada na pomysł, że zaprowadzić porządek może tylko solidarnościowa straż robotnicza z dużego zakładu, w opaskach związkowych. Najbliższy osiągalny duży zakład to ZWAR w Międzylesiu. Romaszewski z jednym z otwockich związkowców jadą do ZWAR-u.
– Niestety, okazuje się, że z jakiegoś niejasnego powodu nocna zmiana w ZWAR-ze była akurat tego dnia odwołana. Potwierdzili to związkowcy ze ZWAR-u następnego dnia – opowiada Romaszewski.  Następuje kolejna seria zbiorowego śpiewu hymnu narodowego, co trochę wygasza agresję. Wreszcie są informacje o M. Siedzi podobno zatrzymany w Komendzie Stołecznej. Jest w takim stanie, że nie można go pokazać ludziom, wymaga opieki i pomocy w szpitalu. Można było pokazać ludziom G., ale takiej decyzji nikt z władz nie chce czy nie może podjąć.  Ktoś wpada na pomysł, żeby do tłumu przemówił ksiądz proboszcz z parafii św. Wincentego a Paulo. To przecież w dużej części jego parafianie... I jest ksiądz, dobrotliwie coś tłumaczy o sprawiedliwości, przebaczeniu. Nie trafia, jakby mówił w próżnię. Tu żadne argumenty nie trafiają. Ten tłum już sam nie wie, jakiej chce żądać satysfakcji.
Okrzyki:
– Milicja do spowiedzi. Publicznej, przed ołtarzem!. Proboszcz na to, że nie wolno nawracać siłą. Zaczyna odmawiać modlitwę. Część tłumu milknie, część mechanicznie nawet podejmuje słowa modlitwy. Ale to się szybko kończy.  I wrzenie narasta znowu. Pada dyktat:
– Podpalimy! Tym chętniej podpalimy, że jakoś się rozeszło, iż w komisariacie ukrył się „rudy kapral”, podobno najgorszy sadysta, powszechnie znienawidzony. Pozostało kilkanaście minut na rozładowanie agresji. Telefony się urywają. Tymczasem w Komendzie Miejskiej MO Rusinowicz wciąż upiera się przy wprowadzeniu „ładu i porządku” poprzez akcję ZOMO. Dochodzi trzecia w nocy. Na ściany baraku kolejowego komisariatu leje się strumieniami benzyna. Zenek dobiega do mnie i w telegraficznym skrócie relacjonuje: 
– Dzwoniliśmy na Komendę: przyjedziecie na gaszenie wszystkiego, krzyczałem do słuchawki.  I wreszcie odpowiedź:  wyjeżdżamy! Przywozimy ludziom G. Są! G. chwieje się na nogach, poważnie poturbowany. Tłum ma trochę satysfakcji, ale chce wiedzieć, kto G. tak urządził. Wiedzieć po nazwisku. Ale G. twierdzi, że nie pamięta, nic a nic. Na razie mija niebezpieczeństwo podpalenia i linczu. G. odwożą do domu w eskorcie dwóch związkowców z Otwocka. Dwóch innych z Regionu jedzie do Warszawy po M.  Jest telefon z Regionu z informacją, że Bujak i Michnik zabrali z Komendy Stołecznej M. i jadą do Otwocka. Telefon jest spóźniony, bo w kilkanaście minut są! I tu sytuacja się znów zaostrza – M. jest w takim stanie, że trzeba go nieść na rękach, nie może stać o własnych siłach. Coś bełkocze, płacze.
- Pobili mnie, pobili – jęczy w podaną mu tubę. Nie wiadomo – pijany, zszokowany? Agresja tłumu znów rośnie, rośnie zagrożenie. Tubę przejmuje Michnik. Wspina się na okratowanie okna komisariatu. Początkowo tłum go nie chce słuchać, jest wręcz wrogi. Ktoś z tłumu zarzuca mu nawet, że nie wie co to jest więzienie. Michnik wkurzył się:
- A co ty kuuurwa myślisz, że ja w pieeerdlu nie siedziałem?  I to był chyba moment przełomowy w jego mowie. Tłum klaszcze. Uznał Michnika za „swojego”. Wyjątkowo spokojnie słucha, że winni zostaną ukarani, że jeśli tych dwóch zwolnionych znowu zamkną, to „znów się tu razem spotkamy”. Michnik dialoguje, tłum się uspokaja, wycisza. „Władza” jakby przestała istnieć. Potem kilka dowcipnych słów Bujaka – coś o tym, że mamy wreszcie taki czas, że sami dla siebie jesteśmy gwarancją godności i poszanowania. Ktoś rzuca:
– Odśpiewajmy, tak jak robi Wałęsa, „Boże, coś Polskę”. I wszyscy śpiewają, pełnymi głosami. W tłumie mignęła mi sylwetka Franka Kani. Jest ciemno, więc myślę sobie, że mi się przewidziało. Po chwili znalazł się blisko mnie.
– Redaktorze, my tu walczymy o sprawiedliwość! – rzuca i oddala się w kierunku Michnika. Coś z nim gada i szybko gdzieś biegnie. Co on tu robi? – zastanawiam się: przecież on z zachwytem opowiadał mi wcześniej o swojej przynależności do PZPR-u? Rozważania o Kani przerywa mi Zenek.  – Redaktorze nic tu już po nas – zagadnął.
- Wszyscy się rozchodzą. Chodźmy na śledzika do „Jarząbka”. Tylko on ma otwarte. Facet wie, że zarobi, bo nikt nie chce iść do domu. Każdy chce być w gromadzie. Tak bezpieczniej. W sobotę rano znów tu wszyscy przyjdą. Nie odpuszczą, bo poczuli, że są silni i ważni. Ważniejsi od milicyjnej pewności i buty.  Pod komisariat podjeżdża milicyjna nysa, bez przeszkód zabiera wystraszonych kilku milicjantów z rudym kapralem i przeciska się przez tłumek tych, co jeszcze nie rozeszli się, choć minęła północ. Przystałem na propozycję Zenka, bo kiszki mi już nieźle marsza grały. Dołączył do nas Zbyszek i Janek, choć kiedy od zawiadowcy stacji wysyłałem teleks, naczelny kazał chłopakom wracać. Mnie zostać i na bieżąco relacjonować wydarzenia, które nagle stały się najważniejsze w kraju, choć marginalnie potraktowane przez Telewizję i Trybunę Ludu. Mój tekst wysłany teleksem, też został nieźle okrojony. Cóż, naczelny, jak się domyśliłem, treść uzgodnił najpierw z wydziałem prasy i propagandy komitetu wojewódzkiego PZPR, nim puścił na łamach.  W sobotę rano wszyscy czytali Trybunę Mazowiecką. Ja się wstydziłem, ale Zenek to rozumiał.

Nim jednak nastąpił sobotni ranek 8 maja 1981 roku, siedzieliśmy u „Jarząbka”. W niewielkiej salce kłębił się dym i gromada ludzi. W kącie stały baty. Widać wozacy zostawili, by rano mieć okazję zajść tu i zapić kaca, bo w ciągu dnia będą wozić węgiel, więc czasu będzie niewiele na lekarstwo. Co innego po robocie. Zasiądą za stołem, wygodnie jak Pan Bóg przykazał i pić będą bez pośpiechu, kulturalnie. A w kącie postawią baty. Ale nie byle jak. Wstawią je w specjalnie przez Jarząbka zamówiony u ślusarza stojak. Coś jak stojak na parasole ale wyższy. Wozacy dla Jarząbka są ważni. Mają pieniądze i dużo zamawiają, choć głównie „Czystą”. Są rozmowni a przed zimą zwalą węgiel za gorzałę albo za pół ceny. Teraz ich tu nie ma. Odsypiają ciężki węglowy dzień. Tylko baty stoją.  
Zamówiliśmy śledzie w śmietanie i pół litra. Przy ladzie szły setki. Bez śledzia i swojskiej, pewnie karczewskiej, kiełbasy. Każdy chciał odreagować. Wyciszyć emocje. Była jednak radość i satysfakcja. Toasty wznoszone były za zmiękczenie milicji, za Bujaka, za Michnika, za Wałęsę i gromko za „Solidarność”. Zenek, młody, wysoki mężczyzna, pracownik „Polmozbytu” znał tu wszystkich i co chwilę z kimś zagadywał. Janek polał drugą kolejkę ale Zenek znów odmówił.  – Muszę być trzeźwy. Jutro będziemy chronić komisariat, by nie spłonął. Wtedy milicja zwali na nas i będą aresztowania – tłumaczył a my ze zrozumieniem pokiwaliśmy głowami. – Zauważcie, że władza cały czas prowokuje. W sklepach absolutna pustka, oprócz chleba i mleka, nie ma nic na półkach: ani mąki, ani cukru, ani kaszy, ani mięsa. Od czasu do czasu rzucają coś z żywności, papier toaletowy, radia i jakieś duperele. Ludzie stoją w kolejkach, denerwują się a prowokatorzy podsycają, że to przez „Solidarność”, że przez strajki, że robolom nie chce się robić… Wciskają ciemnotę, bo się boją, by naród nie zjednoczył sił i ruszył na nich. Na ich posadki, wysokie pensje, układy, układziki i garściami czerpane korzyści. Strach ogarnął nie tylko naszą władzę, ale też w krajach socjalistycznego bloku. W kwietniu, jak pamiętacie, w Pradze odbył się zjazd czechosłowackiej partii komunistycznej. Zjechali się na niego wszyscy przywódcy i sam Leonid Breżniew. Po co? A no po to, by wspólnie naradzić się, co zrobić z tą Polską i jej buntowniczym społeczeństwem, jak uciąć łeb tej hydrze, tej zarazie, która przenika już do socjalistycznych krajów. Ostatnio był bunt w Kosowie w Jugosławii ale go krwawo stłumiono, odzywają się krytyczne głosy w Bułgarii, na Węgrzech, w Czechosłowacji i Rumunii, która od dawna chce się wyłamać z obozu. Narody chcą być rządzone uczciwie, chcą mieć udział w gospodarowaniu krajem i chcą, by na ich czele stali ludzie najlepsi i nieskazitelni, a nie betonowe, partyjne głowy. Dlatego „Solidarność” ich wkurwia. 
- Chodzą słuchy, że na nasze tereny państwa ościenne przerzuciły znaczne siły wojskowe, niektórzy zauważyli nawet ich ruchy – wtrąciłem do wywodu Zenka. 
- Nie wierz w takie pierdoły. To władza rozsiewa takie ploty, by nas zastraszyć, a tym samym okiełznać – wypalił Zenek nerwowo, bo pewnie dotknąłem czułego tematu.
– Chłopaki z Regionu mają swoje kontakty w całym kraju. By coś wiedzieli – uspokajał.
- Zgodzisz się jednak, że władza nie ustąpi wam. Za dużo ma do stracenia, więc coś ma w zanadrzu: jakąś akcję, by zaprowadzić ład i porządek, który narzucili i bez mała 40 lat pielęgnowali  – nie dawałem za wygraną.
– Ponadto wkurwiona jest na nią Moskwa, a Breżniew ponagla do zrobienia porządku. Przecież nie pozwoli, by Polska wyrwała się z jego obozu. To mogłoby spowodować totalny rozpad bloku socjalistycznego. Coś muszą więc nasi wymyślić, bo w przeciwnym razie Breżniew wymyśli, a to może być groźne dla wszystkich – przekonywałem buntowniczego i zadziornego Zenka. Tego, który niedawno dopiero dowiedział się, że dziadek był w AK i zabili go Ruscy, a mama była sanitariuszką podczas wojny. Miał pretensje do rodziców, że tak późno mu powiedzieli, że siedzieli cicho, że nie wychylali się. On mając kilkanaście lat chciał z kolegami wysadzić stację benzynową, by z nią sfajczyła się też komenda milicji, znajdująca się opodal. Komenda, z której często dochodziły odgłosy jęków i krzyków tych, którym łamano kręgosłupy moralne. Nie zrobił tego, bo kilku kolegów się wyłamało. Stacja ocalała, komenda też. Za oknem, w bladym świcie, zaczął majaczyć już budynek stacji kolejowej.
– No chłopaki, czas na mnie – oznajmił Zenek i szykował się do wyjścia. – Nazywam się Barejko powiedział ni z tego ni z owego Zenek i każdemu z nas uścisnął mocno rękę na pożegnanie. Moją przytrzymał dłużej.
– Jesteś równy gość. Nie możesz wszystkiego pisać w gazecie ale zapisuj wydarzenia dla siebie, bo są one ważne i mam nadzieję, że odmienią nasz umęczony kraj. Trzymajcie się! – rzucił na odchodne i szybkim, sprężystym krokiem poszedł w kierunku dworca. Na dobre zaczęła się sobota, bo w gospodzie pojawili się wozacy. Przy ladzie strzelili po lufie, wzięli ze stojaka w kącie swoje baty i poszli na pobliską rampę ładować na swoje wielkie wozy konne węgiel, bo zapobiegliwi klienci już w maju go zamawiali. Tym bardzie, że czas niepewny. Z chłopakami zjedliśmy po dużym kawałku karczewskiej kiełbasy na gorąco, popiliśmy piwem z beczki i poszliśmy na dworzec. Dowiedzieliśmy się tu, że Rusinowicz wycofał w Otwocka ZOMO.

Koło pustego i zamkniętego komisariatu znów zaczęli się zbierać ludzie. Agresję wywołała plotka, że M. jest w bardzo ciężkim stanie, że być może jest umierający. Kolportowana w mieście zmobilizowała nowy tłum. Zenek i jego koledzy próbują chronić komisariat, który jest pusty a milicji ani widu, ani słychu. - Zamknęli się w komendzie przy Poniatowskiego – ktoś wyjaśnia. Kilkaset osób otoczyło budynek dworcowego komisariatu. Nikt nic nie mówi. Taki milczący wiec. Jedynie oczy uczestników wiele mówią. Są szeroko otwarte i maluje się w nich nienawiść, jak u wojowników idących na wojnę. Maluje się też pewność siebie i zdecydowanie, jak u tych z 56-ego roku, czy studentów z marca 68-ego. Tyle że tamci przegrali, a ci z Otwocka, są pewni tego, że wygrają. Może nie wojnę ale tę piątkowo-sobotnią potyczkę. Nagle ktoś wyjął bańkę z benzyną. Trzeszczą deski, lecą wyważane drzwi, wybite resztki szyb.
Barak komisariatu i jakieś wagony obok strzelają w górę słupami ognia i dymu. Płonie złość... Jeszcze przed powrotem do Warszawy, Jacek Kuroń rzucił pomysł, aby w tej sytuacji w Otwocku powołać straż obywatelską. Oddział „Solidarności” zrealizował ten pomysł. Już w sobotę pokazały się na ulicach miasta patrole straży z biało-czerwonymi opaskami. Szef Otwockiej „Solidarności”, Tymosiak, powierzył zorganizowanie tej straży Barejce.  W mieście zrobił się wyjątkowy spokój. MO nie miała wstępu ani na dworzec PKP, ani do innych miejsc. Gdy któryś się zapędził, natychmiast był grzecznie ale stanowczo  był wyprowadzany. Otwock stał się taką małą, niepodległą Polską.
Bez komuny i milicji. 

(Część relacji z wydarzeń  w Otwocku oparłem na wspomnieniach Marii Teresy Wójcik)


Poprzednie odcinki:

Odcinek 5
Odcinek 4
Odcinek 3
Odcinek 2
Odcinek 1

Od Autora:

Publikowany tekst jest fragmentem reportażu, który w kwietniu ukaże się w zbiorze pt: „Złamany hufnal” a wydanym przez Wydawnictwo Adam Marszałek.
W zbiorze znajda się też reportaże: „Taśmy śmierci” – relacja operatora Jerzego Ernsta, na oczach którego zginął w Iraku znany polski dziennikarz Waldek Milewicz,  „Ekumeniczna wieś” – o Cegłowie, gdzie mieszkańcy nie dziwią się, że ksiądz ma oficjalnie żonę i córkę, „Obrał kurs na wiatr” – o człowieku, który po pijaku stracił obie nogi a jest żeglarzem, jeździ samochodem...
Z kolei w reportażu „Zmartwychwstanie Jędrusia” opisana jest historia pochowanego na Syberii w 1943 roku Jędrusiu, który niespodziewanie odzywa się do rodziny z Kanady po 60 latach. 

Andrzej Kamiński


Zdjęcia:
Janusz Maciejowski

Komentarze

Komentarz 10/06/2010 o godz. 21:47, Asia pisze:
smile Takie to byly czasy ...pozdrawiam ...
Napisz komentarz

Imię/pseudonim:


Treść komentarza:
cry tongue sad sleepy mad biggrin confused cool smile happy suprised drool


Kod z obrazka:
Przepisz dwa słowa z obrazka w pole pod nim (bez spacji między wyrazami).

Zapowiedzi










katalog stron Statystyki, katalog stron www, dobre strony internetowe Bookmark and Share dodajdo.com dodajdo.com
więcej »  Komentarzy: 0

Reklama















Odwiedź Nasz Profil na PlanujemyWesele.pl

Photopixo - Świat FotoVideo Szybciej i Wygodniej

więcej »  Komentarzy: 0

REDAKCJA

Redaktor Naczelny:
Janusz Maciejowski
tel. 0-
503670896
e-mail: j.maciejowski@nlt.media.pl

Redaktor Techniczny:
Andrzej Juliusz Gąsowski
e-mail: andgasow@o2.pl


Współpraca:
Krystyn Fok
Andrzej Kamiński
Konrad Koczywąs



Wydawca:
MidMedia
ul. Konopnickiej 8/5
05-400 Otwock


ISSN: 1899-5512
Rejestr dzienników i czasopism nr: III Ns rej. Pr 695/08 (Sąd Okręgowy Warszawa Praga)



Copyright © 2009 New Light Times
designed by Michał Browarski