Strachy Dzisiaj wszystkie upiory się pochowały. Gnom spod stołu ledwie zerka. Topielica wanny nie okupuje, wody nie zużywa. Chochliki swawolą jedynie po klawiaturze. Na zewnątrz poświstuje jakiś daleki krewny halnego wśród gałęzi , poły płaszczy rozchylając strzygom i wampirom zziębniętym. Ech, w taką pogodę by się godziło miseczkę jaką z krwią nieskrzepłą żywiołom nieczystym wystawić. Domowy upiór nocny na schodach jedynie z przyzwyczajenia machinalnie kajdanami, czy innym żelastwem pobrzękuje. Zjawa zglęzła w kącie przysiadła i bawi się sama ze sobą, na otoczenie nie zwracając uwagi. Czarownice dla psoty tylko, krotochwilnej zabawy, zajączki puszczają swymi zwierciadłami. Golem zastygł porażony głębia swej osobowości. Księżyc nad tym pełną pełnią się uśmiecha. I tylko dłonie drżą. I tylko to coś w środku trzepocze, przerażone sobą samym.
Taki zwyczaj - Słuchaj, to na kiedy się umówimy, mamy parę spraw do omówienia… - Może we wtorek, koło dziewiętnastej? Trumna trochę nierówno była spuszczana do grobu. Właściwie nic dziwnego, skoro pasami manewrowali panowie częściej obcujący ze szkłem. Właściwie jego zawartością. Z karawanu z hukiem zsunął się wieniec. Nieopodal stał chłopak z kielnią w ręku i wiaderkiem zaprawy. Płyta zgrzytliwie , bardzo opornie zajęła swoje miejsce. - Młoda kobieta jeszcze była. - No, mogła jeszcze pożyć. - Rak był, przerzuty szybko poszły. - Takie nieszczęście, patrz pani… Chłopak z kielnią skończył swój występ przed zgromadzonym audytorium. Na nagrobek zaczęto składać wieńce, kwiaty. Na ramionach krzyża stanęły płonące znicze. Rozszedł się specyficzny odór kopcących knotów. - Proszę przyjąć szczere wyrazy współczucia.. Kilkadziesiąt razy powtórzone. Tłum zrzedł. Pozostało kilka osób. Kobiety z koszmarnie rozmazanym tuszem na zapuchniętych oczach. Mężczyźni bez makijażu.
Taka karma Kiedy małemu Izaakowi Emaułowiczowi nadawano imię Kaliope musiała się paskudnie skrzywić. Rzeczywiście, nasz Uśmiechnięty Adonisem z pewnością nie był. Na świat patrzył przez grube szkła w drucianych oprawkach. Sprawiła, że miał na co patrzeć. Rozpłatane łby końskie. I ludzkie. Czasem – dla odmiany – z niewielką dziurą kalibru 7,62. Tak zwana „światowa rewolucja” z perspektywy jeździeckiego siodła. Czuł się w obowiązku spłacać dług wobec Kaliope (chociaż może i Klio). Opisywał więc, co widział. Jakby to powiedział Jego ulubiony bohater, Benia Krzyk „pisał niewiele, ale smacznie”. Choć tak właściwie nie bardzo wiadomo ile napisał. Ponoć sporo rękopisów zbutwiało (bo przecież rękopisy nie płoną). Zmierzch był jakże typowy w tych okolicznościach geohistorycznych. Sam poznał smak niszczącej siły kilku gramów ołowiu. Chyba się wtedy nie uśmiechał. Za ta za Kaliope nie można ręczyć.
fot. Janusz Maciejowski
Brak komentarzy.