Wrzesień 1939 roku był bardzo pogodny i ciepły.
Fryderyk bardzo cieszył się, że pójdą do prawdziwego fotografa zrobić rodzinne zdjęcie.
Przygotowywał się, sam czyścił swoje buciki, pomagał mamie prasować mundurek, był dumny.
Nie wiedział wtedy, że będzie to ostatnia rodzinna fotografia... Jan Węgrzyn był oficerem Wojska Polskiego, kapelmistrzem wszechstronnie uzdolnionym mzycznie. To były jego dwie pasje – żołnierka i muzyka - wypełniały jego życie. W 1932 roku ukończył Wojskowe Konserwatorium Muzyczne w Katowicach.
Fryderyk miał wtedy pięć lat.
- Kochałem ojca bardzo – mówi Fryderyk – poświęcał mnie i mojemu bratu Staszkowi każdą wolną chwilę. Ja miałem smykałkę do muzyki, a Staszek, dwa lata starszy, do wojska, mieliśmy zawsze wspólne tematy – a imię dał mi po Chopinie, bo mówił, że jak się urodziłem, to już wiedział, że pójdę w jego muzyczne ślady.

Życie w wojskowej rodzinie wiązało się z częstymi przeprowadzkami, co dla młodego chłopca było ogromnym urozmaiceniem, a życie w koszarach podobało mu się. Nie było to jednak typowe wojskowe życie, usłane poligonami i opowieściami o wojaczce. Jan był w swojej jednostce żołnierzem, w domu realizował muzyczne pasje.
Wieczorami przychodzili elewi, zbierali się w salonie, Jan zasiadał do fortepianu, który był nie tylko najważniejszym meblem, ale duszą rodzinnego ogniska.
- Tych muzycznych wieczorów było wiele, a każdy z nich miał atmosferę jakby świąteczną – uśmiecha się Fryderyk do wspomnień, dostrajając instrument – ja grałem wtedy na akordeonie, ale tata nauczył mnie grać na wielu innych instrumentach. To były takie chwile, które jeszcze wciąż i słyszę, i widzę.

Stacjonowali wtedy w Złoczowej na Ukrainie, a w 1938 ojca przenieśli do koszar Kobryniu na Białorusi. Myśleli jednak o tym, by w Złoczowej osiąść kiedyś na stałe. Była tam ziemia, którą kupił ojciec, chcieli tam wybudować dom. To marzenie wydawało się spełniać, bo już na początku 1939 roku zaczęli budować tam dom.
Niestety, długo w nim nie pomieszkali, bo wybuchła wojna. Ojciec poszedł na front, a potem dowiedzieli się, że został zatrzymany i wywieziony. Nie wiedzieli dokąd, jak i dlaczego. O tym, że zginął, w Katyniu dowiedzieli się przypadkiem, już długo po wojnie.
- Pamiętam ten dzień, kiedy tak radośnie było, szliśmy do fotografa, ojciec był dumny, matka uśmiechnięta, Staszek robił sobie żarty z naszych mundurków, ale już w zakładzie byliśmy poważni.
Fryderyk nie wiedział, że to ostatnie chwile, gdy widzi ojca żywego.
Takim go zapamiętał i teraz, gdy opowiada o nim i gra na swoim akordeonie, to wzrok jego, nutami wiedziony, zatrzymuje się na tym zdjęciu. Fotografia stoi na biurku w takim miejscu, że w dzień okalają ją promyki słońca i staje się „jakby żywa, tak, jakby wczoraj robiona”.
W styczniu 1939 roku rodzina Węgrzynów została zesłana na Syberię, do małej miejscowości oddalonej o 200 km od Kustanaj. Matka Emilia pracowała przy budowie baraków, a Staszek i Frycek pompowali ropę. Nie wytrzymali tam długo, cos ich ciągnęło dalej, ruszyli w pieszą, wycieńczająca wędrówkę i szczęśliwie udało im się dojść do Kustanai. Tam razem z bratem skończyli dwie klasy gimnazjum.
- Tam nie było tak źle – mówi Fryderyk – była szkoła, kaplica, gdzie służyłem do mszy, a w szkole to była taka duża sala, gdzie były dwa rzędy uczniów, po jednej stronie była pierwsza gimnazjum, a po drugiej druga.

Tak odbywały się tam lekcje. W Kustanaj też zrobił prawo jazdy i dostał się do pracy jako kierowca w ogromnym przedsiębiorstwie transportowym. Wraz z rodziną doczekali tam końca wojny. Wrócili do rodzinnego domu, do Złoczowa, w którym nielegalnie mieszkali Ukraińcy. Udało się im bez trudu ich pozbyć, ale nagle przyszła wiadomość, że Fryderyk ma się stawić do ukraińskiej armii. Przebrał się za dziewczynę i uciekł na dworzec, wsiadł do pociągu w kierunku Lwowa. Po drodze zatrzymało go NKWD. Miał ze sobą wszystkie swoje dokumenty, także te dotyczące ojca.
Bał się.
- Muszę do ubikacji, przecież wam nie ucieknę – powiedział do jednego z nich – muszę, brzuch mnie boli, niedobrze mi – udał, że zbiera go na wymioty.
W tym momencie ten drugi pchnął go i szybko podprowadził do wychodka. Fryderyk szybko wyciągnął dokumenty i pospiesznie pakował je w sedes. Udało się. Nie miał już nic niebezpiecznego przy sobie.
- Ale w cholewie miałem butelkę wódki, a pod pazuchą pieniądze – śmieje się.
Puścić go jednak nie chcieli, bo za dobrze mówił po rosyjsku. Wyznaczyli żołnierza, który jak skazańca prowadził go gdzieś, gdzie nawet on sam nie wiedział, bo po drodze pytał się go, czy zna Lwów. Zaczęli ze sobą gadać, Siergiej okazał się być sympatycznym rolnikiem, któremu kazali walczyć, a rola czekała i kobieta, „Takaja krasiwica, bolszoja” płakała za nim.
- U mienia diengi – zagadnął Fryderyk
- A na ch...j mi diengi, a wodku ty imiejesz?
Fryderyk wyciągnął butelkę, Siergiej rękę, ale nie dostał butelki od razu.
- Machniom?
- A szto machniom, kak ja budu strielat.
Fryderyk zagroził, że rzuci butelkę. Grisza spoważniał, uspokoił się i zapytał na co mają się wymienić.
- Ty mienia dajesz bumagu – wskazał na protokół – ja tiebia wodku
Tak rozeszły się ich drogi i Fryderyk trafił wreszcie do Polski, do Zamościa, gdzie mieszkał chwilę o znajomych matki. Tam dowiedział się, gdzie został wywieziony jego ojciec. Z tą tajemnicą musiał żyć aż do czasów dzisiejszych i przez długie lata ukrywać prawdę o ojcu. Jego droga wiodła jeszcze przez Lublin, Warszawę, aż w końcu trafił do Łodzi, gdzie kontynuował naukę.
Wreszcie wróciły kontakty rodzinne, dowiedział się, że matka sprzedała rodzinny dom i wyjechała do Lubania, a brat jest w szkole oficerskiej w Poznaniu. Pojechał do matki i tam poznał swoją przyszłą żonę, Elżbietę.
- Wytańczyłem ją sobie – śmieje się – bo byłem dobrym tancerzem, a że robiłem to zawodowo, to jej bardzo imponowało. A poza tym, to miałem stałą pracę w banku, więc byłem dobrym kandydatem na męża.
W tym czasie Fryderyk imał się jeszcze innych zajęć, także miał ukończoną szkołę zegarmistrzowską, ale studia zrobił w kierunku bankowości, bo z tym wiązał swoją dalszą przyszłość.
- W bankach zawsze były pieniądze, więc po co miałem ich szukać gdzieś indziej, jak u źródła lepiej i wozić nie trzeba – żartuje – a jak się ma pieniądze, to na inne pasje też jest czas, a martwić się nie trzeba.

Wtedy jeszcze nie wiedział, że Elżbieta będzie jego żoną, bo ich drogi się rozstały, on wyjechał do pracy do banku w Opolu, tak też dodatkowo tańczył w teatrze, trochę dorabiał na zleceniach zegarmistrzowskich.
Ela wyjechała w 1952 roku wraz z rodziną do Otwocka. Losy ich jakimś trafem zaczęły się wiązać, bo jego matka pojechała też do Otwocka, do swoich znajomych. To od niej dowiedział się, że jest tam Ela. Przyjechał, porozmawiał z matką i stwierdził, że nie ma na co czekać. Spotkał się z Elżbietą i śmiało zapytał, czy zostanie jego żoną.
Życie w Polsce nie było wtedy oparte na kanwie zachodnich melodramatów, więc love story rozpoczęła się bez długiego suspense’u i odpowiedź przyszłej panny młodej brzmiała twierdząco od razu. Pobrali się w 1954 roku. On pracował wtedy w mieszkaniówce, na stanowisku dyrektora. Potem przeniósł się, jako księgowy, do PKO do Warszawy.
- Czasami spaceruję po Otwocku i idę pod pomnik katyński, bo tam drzewa szumią i słychać tę muzykę ojca – kończy swoją opowieść Fryderyk Węgrzyn, syn polskiego oficera i muzyka – bo zawsze, wie pan, chciałem, żeby o ojcu też jako o muzyku mówili, bo to jego prawdziwe życie było, tak brutalnie zabrane przez te okrutne czasy.
fot. Janusz Maciejowski
fot. arch. Fryderyk Węgrzyn
Artykuł ukazał się także w
"Linii Otwockiej"