MAGAZYN REPORTERSKI | WYDARZENIA | REPORTAŻ | PUBLICYSTYKA | PREZENTACJEMaj/Czerwiec 2012 nr 5/6 (62/63)

Wyrzut sumienia Franciszka Kani (5)

Za zakrętem drogi, podziurawionej kałużami, niczym ojca pas, który kupił kiedyś na jarmarku od żołnierza, a który zawsze moczył przed wymierzeniem kary, gdy nie miał pod ręką lejców, zapadało słońce.
Połamane lusterka kałuż, krojone żelaznymi obręczami kół furmanki i końskich kopyt, rozburzały wizerunek nieba, które stroiło się pogodnie, po niedawnej burzy.
Furmanka, wynajęta na stacji kolejowej w Dobieszynie, wlokła się za chudą szkapiną Józefa Trzaski, terkocząc i skrzypiąc.


- Daleko jeszcze? – zapytała, poprawiając jasne blond włosy, Ania. - Nie, już nie. Tam, za zagajnikiem droga skręca w prawo i zaczyna się moja wieś. Trzaska popędził konia. Zagajnik stawał się coraz wyraźniejszy.  Ramieniem przyciągnąłem Anię i pocałowałem. - Spójrz jakie dorodne zboże, jak się żółci.  - Nie mam miłych wspomnień ze wsi. Ojciec ganiał w pole a gdy byłam mała spadłam z fury i złamałam nogę  – skomentowała mój zachwyt. Cofnąłem rękę. Myślami wróciłem do dnia, który stał się początkiem naszej znajomości.  Była sobota.
W akademiku na Jelonkach wrzało. Wszyscy szykowali się do zabawy, jaką zapowiadał od tygodnia klub Karuzela.
- Franek, a ty co? Nie idziesz? - W poniedziałek mam kolokwium – próbowałem się usprawiedliwić, bo tak naprawdę nie bardzo wiedziałem, jak się ubrać a w klubie zachować.
- Nie bądź taki kujon, chodź! – stanowczo oznajmił Marek, bywalec warszawskich klubów studenckich i większości żeńskich akademików.  Nie opierałem się dłużej, by nie wypaść na odludka i kujona już na początku znajomości z kolegami z pokoju, a z drugiej strony byłem ciekawy, jak to jest w klubie, o którym zawsze z dużym zachwytem opowiadał Marek.  Pochodził z Falenicy pod Warszawą. Ojciec był wziętym adwokatem a matka zajmowała się domem i młodszym rodzeństwem. Niby mógł dojeżdżać na uczelnię ale ojciec załatwił mu akademik, by miał okazję poznać życie żaków od podszewki, jak to tłumaczył matce, gdy ta upierała się, by jej Mareczek mieszkał w domu, gdzie miał swój pokój, pokaźną bibliotekę ojca i jej dobrą kuchnię.  Założyłem czarną marynarkę, białą koszulę i krawat, ale spotkało się to natychmiast z ostrą krytyką kolegów.
- Do kościoła idziesz? Chcesz panienki wystraszyć? – śmiali się, wymyślając najodpowiedniejsze określenia do mojego wyglądu.
- Wciągnij sweter i chodź, bo już późno – nakazał Marek i poprawiając fryzurę w lusterku na ścianie, wtarł w twarz  i pod pachy wodę kolońską  „Przemysławka”
- A ty Władek nie śmiej się tak z Franka, bo sam wyglądasz jak stróż w Boże Ciało – niespodziewanie stanął w mojej obronie Wacek. 
Spojrzałem na Władka, który w koszuli nonairon i czarnym krawacie  na gumce, wyglądał, jak nasz stromiecki organista, gdy towarzyszył księdzu w pogrzebie.
- Czego się czepiasz, ta koszula to ostatni krzyk mody – bronił swego wyglądu Władek. - Może to krzyk w twojej Garbatce a nie tu w stolicy – wtrącił się Marek, znawca mody, sposobu bycia i w ogóle wszystkiego.
– Załóż zwykłą, płócienną koszulę, wywiń do łokci rękawy i szlus. Nie idziemy na wesele a tylko do klubu napić się wina i odsapnąć po pierwszym tygodniu rycia – objaśnił Marek i stanął przy drzwiach dając tym znak, że pora się zbierać. Cóż, wciągnąłem sweter, założyłem czarne pół buty, kupione specjalnie na egzaminy na jarmarku w Białobrzegach  i nieśmiało, jakby w cieniu, by nie krytykował i drwił, stanąłem koło Marka. Po chwili Władek i Wacek też byli gotowi. Marek zlustrował nas i uśmiechnął się półgębkiem, jakby chciał powiedzieć: no, jakoś was ulepiłem.
Klucząc wewnętrznymi uliczkami osiedla Przyjaźń, gdzie w latach pięćdziesiątych mieszkali radzieccy robotnicy budujący Pałac Kultury i Nauki, doszliśmy do gmachu z okazałym napisem Karuzela. Przed wejściem odruchowo wytarłem buty, co Marek zauważył ale nie zdążył skomentować drwiną, bo pogłośniony watami głos disc jokera zapowiedział piosenkę Karela Gotta „Lady Carneval”. Wypatrzyliśmy w półmroku wolny stolik i usiedliśmy. Marek zarządził zrzutkę na wino i poszedł do baru. Rozejrzałem się po sali.
Przy większości stolików siedzieli pierwszoroczniacy, co widać było na kilometr, bo nie siedzieli rozparci swobodnie na krzesłach a tylko tak jak my, na brzeżku, jakby zaraz mieli wstać i wyjść. Przy stoliku obok siedziały trzy dziewczyny, ale moją uwagę przyciągnęła ta z długimi włosami blond. Nic nie mówiła, jakby była nieobecna, choć koleżanki trajkotały jedna przez drugą. W pewnym momencie nasze spojrzenia spotkały się. Zawstydzony spuściłem oczy.
- Nosy do góry, mam tu coś na wasze wisielcze humory – oznajmił Marek i na stoliku postawił dwie butelki Mistelli a mnie nakazał skoczyć po szkło. Kiedy przyszedłem rozlał wino i zaproponował wypić za dobrą zabawę. Zawartość kieliszka  łyknąłem jednym haustem. 
- To nie gorzała a wino, tępaku. Trzeba je pić małymi łyczkami, by czuć jego wyśmienity smak – skrytykował Marek, a Wacek i Władek pokiwali przytakująco głowami, choć jeden i drugi też łyknęli sporą zawartość z kieliszka. 
Ukradkiem zerknąłem w kierunku stolika, przy którym siedziała blondynka. Bałem się, że usłyszała krytykę mojego zachowania wypowiedzianą głośno, jak mi się zdawało, przez kolegę z pokoju. Na szczęście zajęta była rozmową z koleżanką w białej bluzce, a druga zajadała ciastka i popijała je oranżadą.  Miałem coś odburknąć Markowi ale ucichła muzyka a disc joker zapowiedział, że odbędzie się teraz wręczanie legitymacji ZSP dla studentów pierwszego roku. Działacz rady uczelnianej ZSP zaczął wyczytywać nazwiska. Od stolików wstawali wyczytani i podchodzili do działacza po legitymację. Jakież było moje zdziwienie, kiedy z głośników usłyszałem: Franciszek Kania, student wydziału melioracji wodnej. Na miękkich nogach, czując na sobie spojrzenia wszystkich, a głównie blondynki, przeszedłem kilkanaście kroków i po trzech schodkach wszedłem na scenę. Działacz, w towarzystwie dwóch jeszcze innych działaczy, wręczył mi niebieską, podłużną legitymację ze znaczkiem ZSP.
- Gratuluję kolego i zapraszam na najbliższe zebranie członków rady osiedla – uścisnął mi rękę i wyczytał następne nazwisko. Wracając, ukradkiem spojrzałem na blondynkę. Patrzyła na mnie i coś szeptała do ucha koleżanki.
– Pewnie śmieje się – pomyślałem i dalszą już drogę do stolika szedłem ze spuszczonym wzrokiem. Usiadłem i z kieliszka, nie bacząc na wcześniejsze nauki Marka, wypiłem wino do dna.  Po jakimś czasie, gdy koledzy również odbyli wycieczkę po legitymacje, resztkami Mistelli wznieśliśmy toast za studia. Disc joker zapowiedział  „Nie bądź taki szybki Bill”  w wykonaniu Katarzyny Sobczyk i Czerwono-Czarnych.  Na parkiecie pojawiły się pierwsze pary. Poszedłem do baru po następne wina i stanąłem w kolejce. Dochodziłem już do lady, gdy za sobą usłyszałem bełkotliwy głos.
- Czym cię matka karmiła, że taka śliczna wyrosłaś?
Pewnie ambrozją boś niczym bogini.  Obejrzałem się i ze zgrozą stwierdziłem, że moja blondynka opędza się od obłapiających ją rąk podpitego gościa w rozpiętej po brzuch koszuli. 
- Zostaw ją! – warknąłem, stając między typem a dziewczyną.
– Ona jest ze mną.
- Z tobą? – zaśmiał się pijany.
Poniosło mnie. W słowach gościa wyczułem kpinę, że jestem wsiok i nie pasuję do takiej dziewczyny. Chwyciłem mądralę w pół i zarzuciwszy na ramię, niczym worek kartofli, wyniosłem z sali. Bramkarze pilnujący wejścia usłużnie otworzyli drzwi. Szamoczącego się rzuciłem na klomb i wróciłem do klubu, co brawami skwitowali bramkarze. Przy ladzie baru stała jasno włosa i płaciła za trzy oranżady. Widząc mnie kiwnęła głową, bym stanął za nią a kiedy znalazłem się blisko szepnęła: dziękuję. Kupiłem dwa wina i blondynkę odprowadziłem do stolika.
- To jest mój obrońca – przedstawiła mnie koleżankom, a ja podawane mi ręce całowałem, jak matka wyuczyła.
- A ja mam na imię Anka – powiedziała uśmiechając się blondynka.
- Pójdę już! Koledzy czekają na wino – stwierdziłem puszczając rękę Anki, bo tak na dobrą sprawę nie wiedziałem co powiedzieć i jak się dalej zachować.
- Zostań proszę, twoi koledzy nie nudzą się – upierała się Ania. Spojrzałem w kierunku stolika kolegów. Szli właśnie tańczyć z jakimiś dziewczynami. Otworzyłem więc butelkę i do szklanek po oranżadzie wlałem wino.
- Wypijmy za znajomość – zaproponowałem a dziewczyny nie protestowały.  Z głośników, jakby dołączając się do naszego toastu, Trubadurzy śpiewali „Znamy sie tylko z widzenia”.
- Mogę cię prosić? – zapytałem Ankę stając przed nią. Wstała i wyciągnęła do mnie rękę. Tak trzymając się poszliśmy na parkiet. Objąłem ją w pół i lekko przytuliłem. Zaczęliśmy tańczyć. Widziałem tylko ją i jej jasne włosy, które podobnie jak my wirowały, falowały i unosiły się. Czułem, że wszystko we mnie drga i kipi a świat nie istnieje. Tylko ona, ja i taniec, który oby nigdy się nie skończył… Anka wychylona z furmanki, zerwaną gdzieś po drodze wierzbową witką,  rozburzała swoje odbicie w kałużach. 
- Przestań – nakazałem i zabrałem witkę.
- Co ci jest? Nie denerwuj się, wszystko będzie dobrze – uspakajała.
Nie odezwałem się ,bo i po co. Wszystko, co ważne, zostało już powiedziane w Warszawie, skąd właśnie uciekliśmy. Nie było słów ale były myśli. Szczególnie te z ostatnich  miesięcy. W ostatnim roku studiów  nie chodziliśmy już na spacery do Łazienek, do Gongu na herbatę i do Palladium na najnowsze filmy, jak to mieliśmy w zwyczaju przez wszystkie dni naszej znajomości. Ostatnia sesja rozdzieliła nas. Ona przekopywała się przez opasłe tomiska wiedzy o rolnictwie a ja szykowałem do dyplomu magistra melioracji wodnej. Wpadałem jednak na Madalińskiego, by choć przez chwilę być z Anką. Któregoś razu, gdy byliśmy sami w pokoju Anka wzięła moją dłoń i przyłożyła pod swoje serce.
- Czujesz? - A co mam czuć? Bije – odpowiedziałem, nie rozumiejąc o co jej chodzi. - Tak, bije ale też drugie.
- Jak to drugie? – dopytywałem.
- No drugie, bo dziecka. Skoczyłem na równe nogi i stałem niczym słup soli a wyraz twarzy widać miałem tak dziwny, że Anka wybuchnęła śmiechem.
- Nasze dziecko? Jesteś pewna? – wyrzucałem z siebie bezsensowne pytania krążąc nerwowo po pokoju.
- To, to cudownie – jąkałem się i już nieco oswojony z myślą zacząłem Anię całować i głowę tulić do jej brzucha.
Następnego dnia, z głową ciężką od kaca, bo nie omieszkałem nowiną podzielić się z kolegami, zaczęły się wątpliwości a strach przed przyszłością obezwładnił. Co robić dalej? Gdzie zamieszkać? Za co żyć? Takie i inne pytania pozostawały jednak bez odpowiedzi. Niby za pół roku będziemy już absolwentami ale co dalej? 
Uradziliśmy, że będę szukał mieszkania, bo powrót Anki do Podbieli, małej rolniczej wsi w powiecie otwockim,  gdzie rodzice prowadzą gospodarstwo i mieszkają w dwóch  izbach z trojgiem nieletniego rodzeństwa, nie wchodził w rachubę. Również wyjazd do mojej matki do Stromca. Bo niby co miałby robić tam meliorant i magister rolnictwa? Zasuwać w polu? Młocić żyto? Życie jednak podsunęło najlepsze rozwiązanie. Całkiem przypadkiem, gdy byliśmy z Anką w Podbieli u jej rodziców, w ręce wpadła mi „Trybuna Mazowiecka” , w której znalazłem ogłoszenie, że wydział melioracji i gospodarki wodnej otwockiego magistratu poszukuje pracownika. 
- Aniu, a może znajdziemy miejsce dla siebie w Otwocku? – zapytałem.
- A co byś robił? – rzuciła od niechcenia, bo akurat z matką obierała ziemniaki na obiad i zajmująco rozmawiały o napadzie na proboszcza celestynowskiej parafii.
- Jest ogłoszenie, że poszukują inżyniera – wyjaśniłem, ale słowa chyba nie trafiły do Anki, bo zasłuchana była w opowieść matki, jak to księdza Płudowskiego bandyci związali i przypalali ręce zapalniczką, by wyznał, gdzie schował dolary i złoto. 
- Pojadę pojutrze do Otwocka i zorientuję się w sprawie tej pracy, a może też coś znajdzie się dla ciebie? – próbowałem przebić się przez relację matki.
- Później pogadamy. Nie przeszkadzaj  – nakazała stanowczo Anka.
– Idź się przejść, albo ojcu pomóż przy obrządku – zaproponowała ostatecznie i wsłuchiwała się w słowa matki, jak to bandyci przekopali plebanię i odeszli z niczym, bo ksiądz Płudowski nic nie miał prócz pocerowanej sutanny a jeśli nawet coś uciułał podczas kolędowania, to szybko też rozdał potrzebującym. 
- Niech posłucha! Ojciec se poradzi, toć ma ino zadać paszy krowom i podukać kartofle dla świń. Przy niedzieli nic więcej nie godzi się robić – tłumaczyła matka a ja czułem, że w zanadrzu ma coś ważnego do powiedzenia, ale jak to ona, nic wprost nigdy nie wyrzeknie.
- Ksiądz Józef podczas wojny, gdy był jeszcze chłopcem, stracił całą rodzinę a sam znalazł się w Oświęcimiu. Tam cierpiąc przyrzekł sobie, że jeśli wyjdzie z życiem z obozu, zostanie księdzem. I Bóg sprawił, że wyszedł, bo widać chciał mieć takiego księdza, co to sobie pożałuje, by innym dać. A bandyci opacznie rozumieli jego kazania, gdy mówił, że jest bogaty. A ty Franiu zajedź do Otwocka.
A nuż coś dobrego z tego wyjdzie – ni stąd, ni owąd teściowa odniosła się do moich słów, które wydawało mi się, że rzucam na wiatr.
- A dlaczego nie mamy w Warszawie poszukać pracy – dziwiła się żona. 
- Nie mówię, że nie będziemy szukać ale co szkodzi zapytać – tłumaczyłem i na znak, że temat jest wyczerpany wyszedłem z izby na podwórze.
- Zobacz Franek, jakie dorodne – wskazał teść na świnie , które pokwikiwały, przepychając się przy korycie.
– Chodź pokaże ci czym obsiałem pole – zaproponował i skierował się za stodołę, gdzie aż pod las, jakieś osiemset metrów, ciągnęło się pole.
– Patrz, głównie pszenica i kilka zagonów żyta – wskazał na ledwie wystające z ziemi, z dopiero co rozmrożonej marcowym słońcem, źdźbła.
- Bóg da, że latoś nie będzie tak mokro, jak rok nazad i ziarno wygrzeje się galancie, wyzłoci i będzie urodzaj. Onegdaj tak lało, że w bruzdach i na łąkach stała woda, więc niewiele zebraliśmy siana a ziarna ledwie starczyło na siew. Nawet zwołaliśmy zebranie chłopów i radziliśmy czyby nie pokopać rowów wzdłuż pól i łąk, co by odciągnąć wodę, ale gdy jesień była sucha a zima łagodna, zamysł nasz prysnął. Co prawda sołtys wysmarował papier do gromadzkiej rady, że należy Podbiel zmeliorować ale nijaka odpowiedź nie przyszła, a chłopy zajęte gospodarką i dorobkiem na etacie, głównie w fabryce transformatorów  w Glinie, zapomnieli o zalanych, ubiegłorocznych, polach. Dyć to rozumiesz, boś gospodarski syn, że chłop nie rozpamiętuje, co było a żyje tym, co jest.
- No niby tak ale melioracja by się tu zdała, bo teren niski a poziom wód podskórnych zapewne wysoki, więc gdy trochę popada, deszczówka nie ma gdzie wsiąkać – argumentowałem rzeczowo, a teść przytaknął kiwnięciem głowy i w rękę wziął garść ziemi.
Roztarł ją i na wyciągniętej ku mnie dłoni, pokazał.
- Spójrz Franiu, to dobra ziemia. Karmiła moich dziadów, ojców i teraz moją rodzinę żywi. Jeśli zaczną się w niej babrać inżynierowie, straci swoją moc i stanie się ugorem. Nasze rowy, które zamiarowaliśmy kopać, miały być płytkie i tylko po to, by ściągnąć wodę z pól tamtego lata. Później mieliśmy je zasypać, by ziemia, gdy mniej pada, nie wyschła na popiół. Tak stało się w Sobieniach Biskupich.  Kilkadziesiąt mórg łąk pochlastano kanałami i kiedy słońce mocno grzeje trawa wysycha w mig, a skoszona nie jest pożywna – narzekał i biadolił, że odechciewało mi się go słuchać a tym bardziej tłumaczyć, że melioracja jest tu niezbędna.
Zaproponowałem byśmy wrócili do chałupy, gdzie pewnie już niedzielny obiad jest na stole.
- A i owszem, chodźmy – zgodził się, otrzepał ręce i z kieszeni wyciągnął lekko zmiętą paczkę „Popularnych” .
– Zapalisz? – zapytał, choć wiedział, że nie palę. Był to jednak wyraz uprzejmości po tym, jak krytycznie odniósł się do mojej propozycji zmeliorowania wsi a czego on i pewnie wszyscy inni rolnicy nie dopuszczali do myśli. Ot, żyli i pracowali a pory roku wyznaczały tempo. Każda zaś zmiana postrzegana była jako coś, co może pogorszyć to, co jest. W mojej wsi było identycznie, więc zbytnio się nie dziwiłem. I pewnie bym do nowości podchodził, jak mój ojciec, czy teraz teść ale studia odmieniły moje poglądy. - Zobacz, jak babrają się w gnojówce – zwrócił moją uwagę teść na świnie, które taplały się w bajorku gnojnym na środku podwórza.
- Tego łaciatego puknę na Wielkanoc. Pojemy sobie kiełbaski i czarnego – planował teść, próbując zachęcić byśmy z Anką w Podbieli spędzili święta a nie w Stromcu u mojej matki, co wcześniej zapowiedziałem.
- Nie zjecie przecież wszystkiego. Starczy i dla nas, gdy wpadniemy w śmigus dyngus, nie? - Starczy, starczy – odrzekł, choć nie był zadowolony, że całych świąt nie spędzimy z nimi.
W izbie kobiety już rozstawiały miski z rosołem, a dzieciaki wadziły się w kącie o to, które z nich zaniesie palmę w przyszłą niedzielę, co po obiedzie mają z matką pleść, bo bazie już przyniesione a i wstążki zakupione.
- Siadajcie! – zaprosiła do stołu matka, a gdy wszyscy zajęli już miejsce zaczęła modlitwę: „Dzięki Ci Boże za te dary, które z Twojej szczodrobliwości spożywać będziemy” .
- Amen! – odpowiedzieli wszyscy.    

Poprzednie odcinki:
Odcinek 4
Odcinek 3
Odcinek 2
Odcinek 1

Od Autora:

Publikowany tekst jest fragmentem reportażu, który w kwietniu ukaże się w zbiorze pt: „Złamany hufnal” a wydanym przez Wydawnictwo NOWY ŚWIAT.
W zbiorze znajda się też reportaże: „Taśmy śmierci” – relacja operatora Jerzego Ernsta, na oczach którego zginął w Iraku znany polski dziennikarz Waldek Milewicz,  „Ekumeniczna wieś” – o Cegłowie, gdzie mieszkańcy nie dziwią się, że ksiądz ma oficjalnie żonę i córkę, „Obrał kurs na wiatr” – o człowieku, który po pijaku stracił obie nogi a jest żeglarzem, jeździ samochodem...
Z kolei w reportażu „Zmartwychwstanie Jędrusia” opisana jest historia pochowanego na Syberii w 1943 roku Jędrusiu, który niespodziewanie odzywa się do rodziny z Kanady po 60 latach. 

Andrzej Kamiński


Zdjęcia:
Janusz Maciejowski

Komentarze

Komentarz 23/02/2010 o godz. 19:44, asia... pisze:
mam zaleglosi przeczytalam dopiero ta czesc ... bardzo ciekawa ... i doskonale te historyjke rozumiem...poniewaz mieszkalam w miescie ...ale mam dziadkow na wsi ...i tak wlasnie toczy sie zwakle zycie...jak czlowiek takie cos przezywa ...to mu sie wydaje nie wazne ... ze sa to nie wazne zdarzenia ... ale jak zaczyna wspominac ...to sie okazuje ze wszystko jest wazne co sie dalo przezyc...w roznych czasach w roznych sytuacjach ... wspomnienia ...to czesc zycia ... ktorej trzeba poswiecic chociaz czesc czasu ...smile:
Komentarz 08/02/2010 o godz. 01:56, wamp... pisze:
Cała seria o Franciszku Kani... po prostu... F A N T A S T Y C Z N A !!! :)
Napisz komentarz

Imię/pseudonim:


Treść komentarza:
cry tongue sad sleepy mad biggrin confused cool smile happy suprised drool


Kod z obrazka:
Przepisz dwa słowa z obrazka w pole pod nim (bez spacji między wyrazami).

Zapowiedzi

katalog stron Statystyki, katalog stron www, dobre strony internetowe Bookmark and Share dodajdo.com dodajdo.com
więcej »  Komentarzy: 0

Reklama

















Odwiedź Nasz Profil na PlanujemyWesele.pl

więcej »  Komentarzy: 0

REDAKCJA

Redaktor Naczelny:
Janusz Maciejowski
tel. 0-
503670896
e-mail: j.maciejowski@nlt.media.pl

Redaktor Techniczny:
Andrzej Juliusz Gąsowski
e-mail: andgasow@o2.pl


Współpraca:
Krystyn Fok
Andrzej Kamiński
Konrad Koczywąs



Wydawca:
MidMedia
ul. Konopnickiej 8/5
05-400 Otwock


ISSN: 1899-5512
Rejestr dzienników i czasopism nr: III Ns rej. Pr 695/08 (Sąd Okręgowy Warszawa Praga)



Copyright © 2009 New Light Times
designed by Michał Browarski