MAGAZYN REPORTERSKI | WYDARZENIA | REPORTAŻ | PUBLICYSTYKA | PREZENTACJEMaj/Czerwiec 2012 nr 5/6 (62/63)

A zegar tykał spokojnie

Leżeli na trawie, odpoczywali, był słoneczny dzień, rok 1945. Po drugiej stronie była zniszczona Warka. Niemcy wycofywali się.
- Wieczorem napiszesz raport, a ja coś wypiorę może – powiedział Ryszard do Stefana. Ten poprawił rogatywkę, uśmiechnął się i nagle się wzdrygnął.
- Popatrz, Ryszard, coś mi w czapkę uderzyło...
- Uciekajmy, szybko! – Krzyknął Ryszard – To snajper


A zegar tyka, przed chwilą kukułka ogłosiła południe. Przerzucam zdjęcia i słucham wojennych opowieści Ryszarda Wysockiego, zegarmistrza z Otwocka. Spotkaliśmy się na pogrzebie jego matki, najstarszej Otwocczanki, która przeżyła 105 lat. Pan Ryszard podszedł do mnie po pogrzebie i poprosił bym go odwiedził nazajutrz.
Przedpokój jest ciemny, jak to w starym, PRL-owskim budownictwie. Słychać tykanie zegarów, niektóre są stare, pamiętają dawne czasy i czułość ich właściciela. Tak równiutko odmierzają czas. Tak, jak spokojne są kroki zegarmistrza.
- Są punktualne, jak ja – mówi pan Ryszard. – Teraz to wszystko, co mi zostało, taka pustka bez mamy.
Ryszard Wysocki urodził się 14 grudnia 1925 roku w Warszawie. Jest koziorożcem, jak jego mama, ale ona urodziła się w Wigilię. Mieszkali na Targówku. Tam był taki nasyp kolejowy. Jego ojciec, legionista, był złotą rączką, lubił majsterkować. Zrobił małemu Rysiowi kajak i chodził z nim za ten nasyp nad małe jeziorko. To były takie szczęśliwe chwile.
- Miałem wtedy jakieś dwa, może trzy latka. Ojciec był konduktorem w MZK. Trochę już chorował, myślał o zmianie pracy. Dostaliśmy 22 hektary na Białorusi, w Baranowiczach. Tam się przenieśliśmy. Ale szkoła była w Bytemiu i tam z mamą wynajmowaliśmy mieszkanie.
Od wczesnych lat dziecięcych pan Ryszard miał smykałkę do dłubania. Kiedyś mama kupiła mu młoteczek i gwoździki. Tak się zaczęła jego przygoda z majsterkowaniem, chociaż wtedy jeszcze nie wiedział, że będzie zegarmistrzem.
Na Białorusi radzili sobie różnie, pieniędzy nie było dużo, ale rodzina była razem. To było na chwilę przed wojną.
- Nim wojska wkroczyły do Bytemia, to Ruscy mieszkali u nas. Nie było wtedy dobrze z jedzeniem. A mieliśmy wieprzka, mama go schowała. Jeden z Ruskich zapytał, czy mamy co jeść. Ojciec powiedział, że nie. To oni poszli po wałówkę i poczęstowali nas. Mama wtedy powiedziała, że przypomniała sobie o tym wieprzku i była uczta – uśmiech na twarzy pana Ryszarda.
Za oknem jest pogodnie. Na tym zdjęciu, tuż obok zegara jest mały Rysio z ojcem na plaży. To jeszcze z Warszawy. – Po tym, jak zjedliśmy, to był już ostatni dzień, gdy byli u nas, to jeden z nich dał swój płaszcz mojej mamie i powiedział, żeby z tego coś uszyła, a potem dodał ze łzami w oczach, że oni już idą na śmierć.
10 lutego 1940 roku przyszło trzech żołnierzy. Kazali ojcu Ryszarda usiąść na krześle. Przeglądali dokumenty. Mieli broń wycelowaną w rodzinę i nie byli tacy przyjaźni, jak ich poprzednicy. Zabrali nas do Tomanowa na stację. Warunki nie były tam najgorsze. Był piecyk, było się gdzie załatwić. I pojechali na zsyłkę. Do Archangielska.
- Dla mnie, a byłem wtedy w szóstej klasie, to było atrakcyjne, bo to nowe strony, a tam w Bytemiu to nudno było i nic się nie działo. Jechaliśmy tak dwa tygodnie. A jak już dojechaliśmy, to tam nie było światła. Niektórzy mieli radia na baterię, dowiadywaliśmy się, co się dzieje. – mówi pan Ryszard. – Mieszkaliśmy w barakach. Tam zrobiliśmy sobie takie piętrowe łóżko, ja z siostrą na górze, a rodzice na dole. A ciepło było, bo drzewa pod dostatkiem.
Pracowali wszyscy przy wyrąbie drzewa. Dzieci i kobiety rżnęli duże kawały na mniejsze i ustawiali w tzw. kubometry. Pracowało się do późnych godzin. Z jedzeniem było ciężko, zapomnieli, jak smakują ziemniaki. Ale za to nikt nie chorował.
- Do miasta to trzeba było statkiem dojechać, a jakie tam statki były – wspomina radośnie – to była pierwsza klasa, aż dziw bierze. Parkiet, palmy, fotele. Po Dźwinie takie statki pływały. Płynęliśmy do Kotłasa. Stamtąd, gdy już formowała się armia Andersa, to mogliśmy wyjechać. Pojechaliśmy do Kazachstanu, do Kustanaj. Może i pojechalibyśmy dalej, ale się już szyny kończyły. Tam osiedliśmy, niedaleko, w Fiedorowce. Ojciec otworzył pierwszy zakład zegarmistrzowski, w którym zaczęła się moja przygoda z zegarami. Było już nam lepiej.
Kukułka znowu się odezwała. Pan Ryszard przeczesał włosy, wyciągnął z szafy przy ścianie pudełko, w którym ma swój skarb, starą niemiecką zwijarkę do sprężyn. Powiedział, że później mi pokaże, jak ona działa. Przebił się promyk słońca przez zasłony i wróciliśmy do naszej podróży w czasie. Spojrzałem na poczerniałe zdjęcie jego rodziny z czasów Archangielska.
Czasami pan Ryszard ucieka w opowieści o ojcu, jak ten zrobił sobie adapter i gdy szli Piłsudczycy, to im płytę zapuścił, by zagrzać do boju. To nie jest poukładana historia, to wraca czas, ale nie taki, jakimby chciały zegary, bo wspomnienia czasowi się nie kłaniają a żyją jedynie w tych wszystkich przypomnieniach, obrazach porozrzucanych, jak te fotografie, które leżą przed nami. Historia jest w książkach, tutaj, przy tym stole, gdzie bielą i światłem się mieni okrągły obrus, jest życie, to zwykłe, proste, codzienne. A ja jeszcze nie wiem, jak chcę napisać ten reportaż, słucham zegarów.
- Pan się tak zamyślił, może mówię za dużo – nagle zauważył mój rozmówca.
- Nie, nie, tylko dobrze mi i zasłuchałem się - usprawiedliwiam się. Pan Ryszard uśmiecha się. Wstaje od stołu. Podaje jeszcze jedno pudełko z fotografiami.
- Tam dostaliśmy z ojcem wezwanie do „trudowej” armii i kierunek na Ural. Tam pracowałem na kolei i skończyłem kurs pomocnika maszynisty. Ciężka to była praca. Oczyścić taki parowóz, ale byłem pomocnikiem, a to już było coś.
Stamtąd dostał wezwanie do armii Berlinga, do jednostki chemicznej. I zaczął iść z armią wyswobadzać ziemie ojczyste. Wtedy, jak wspomina, nie myślało się o polityce, kto dobry, a kto zły. O tym to wyżsi myśleli, a zwykły żołnierz miał Niemca bić. Większość tej frontowej drogi, to piesza wędrówka i bój. Przeżył w Berdyczowie nalot niemiecki.
- Najpierw na spadochronach rzucali oświetlenie, a potem ładowali ile wlezie, to trwało kilka godzin. – Opowiada i jeszcze strach w oczach widać – ale to nie było, wie pan najgorsze, bo myśmy się bali, żeby nas nie wzięli do walki z bandami UPA. Słyszeliśmy o Ukraińcach straszne historie. Jeden z kolegów, który tam był, opowiadał jak na jego oczach ciężarną kobietę zabili, wycięli jej dziecko z brzucha, a zaszyli jej tam martwego kota, a jednego człowieka, to rozszarpali za nogi przywiązując do dwóch drzew.
A zegar w tym czasie jakby zamilkł na chwilę. Pan Ryszard westchnął ciężko. To trudne wspomnienia, choć widział śmierć codziennie, a to tylko znał z opowiadań. To już było po wojnie, gdy stacjonowali pod Kielcami. Wcześniej wyzwalał Chełm, Lublin, brał udział w forsowaniu Wisły w Puławach. Sam wtedy jechał do sztabu pontony załatwiać. Jak przebijali się przez rzekę, nim do niej weszli, to był taki złowrogi spokój. A potem widział, jak przelatywały nad nim ludzkie szczątki, rozrywane przez ogień artyleryjski.
Potem pod Warką zmienili Ruskich. Opowiada o czatujących na nich snajperach, o potwornych zapachach śmierci.
Leżeli na trawie, odpoczywali, był słoneczny dzień, rok 1945. Po drugiej stronie była zniszczona Warka. Niemcy wycofywali się.
- Wieczorem napiszesz ten raport, a ja coś wypiorę może – powiedział Ryszard do Stefana. Ten poprawił rogatywkę, uśmiechnął się i nagle się wzdrygnął.
- Popatrz, Ryszard, coś mi w czapkę uderzyło...
- Uciekajmy, szybko! – Krzyknął Ryszard – To snajper.
Udało się, na szczęście strzelec nie powtórzył, bo byłoby po nich.
Od strony Jabłonnej dalej szedł na Warszawę.
- Tam cały teren był zaminowany, ale Niemcy, jak uciekali, nie zdążyli usunąć znaków, które informowały, gdzie są miny. Tamtędy przeszliśmy. Warszawa była doszczętnie zniszczona. Okropny widok. Jak wkroczyliśmy do miasta, wszystko było w dymie, tliły się okna, leżały ciała zabitych.
Ze stolicy szedł na Wał Pomorski, ale w samej walce nie brał udziału, bo dostał przydział do sztabu jako transportowiec. Później już, choć w drugim rzucie, jak mówi, ruszył na Berlin.
Pod Berlinem została ich garstka, część zginęło w walce, a reszta pod minami.
Kukułka znowu wyszła z budki i kilka razy zaśpiewała, dając znać, że też nas słucha. Jakby odmierzyła kolejną część wojennej opowieści.
Pan Ryszard znowu wstał na chwilę, podszedł do okna, popatrzył przez chwilę w dal, odwrócił się do mnie, uśmiechnął i usiadł teraz na sofie stojącej na prawo od okna, tuż obok telewizora.
- Z matką i siostrą miałem kontakt cały czas korespondencyjny. No i wreszcie spotkaliśmy się. Dowiedziałem się, że ojciec doszedł do Warszawy. Był chory, nabawił się malarii. Baliśmy się o niego, ale nie ze względu na chorobę, tylko został posadzony o symulowanie choroby. Mogli go zabić za to. Ale on nie udawał. Był naprawdę chory. I wreszcie w 1946 roku spotkaliśmy się w Lubaniu. Tam mieszkaliśmy do 1951 roku – wspomina pan Ryszard.
Przenieśli się do Otwocka i otworzyli z ojcem zakład zegarmistrzowski, w różnych miejscach, a później, na ulicy Kupieckiej. Pan Ryszard ożenił się. Jego gehenna wojenna skończyła się. Zakład funkcjonował do końca lat siedemdziesiątych, do śmierci ojca. Sam prowadził nadal rzemiosło, aż do roku 2000.
- Ruscy przestali produkować zegarki, w których się specjalizowałem i powoli zaczęła się kończyć ta epoka. Weszła elektronika, podrożało wszystko i już mi tak nie szło, jak dawniej. Trzeba było myśleć o odejściu z zawodu – kończy z żalem.
A w domu pana Ryszarda zegary żyją. I ta kukułka, która przez klika godzin towarzyszyła nam w tej podróży w czasie.
Janusz Maciejowski

Komentarze

Komentarz 01/03/2012 o godz. 09:45, Lis pisze:
"Leżeli na trawie, odpoczywali, był słoneczny dzień, rok 1945. Po drugiej stronie była zniszczona Warka. "- ja jestem z Warki :) Świetny tekst, lubię takie historie.
Komentarz 24/02/2010 o godz. 12:35, asia pisze:
smilekolejna historia ...podobna do opowiadan mojej babci i dziadka... chwilami jakby ta sama... moi dziadkowie trzymali wieprzaka w lesie w ziemiance...a swojego dziadka uwazam za bohatera... bo ukrywal zydowke w stogu siana ... mam tez wujka ... ktory przeszedl caly front ... byl tez na Syberii... juz nie zyje ... ale tyle znam historii wojennych od niego ... adzis juz nie bardzo ma mi kto opowiadac... pokolenie sie traci ... coraz mniej zyje...
Komentarz 22/11/2009 o godz. 02:45, Naczelny pisze:
Zapraszam do komentowania. :)
Napisz komentarz

Imię/pseudonim:


Treść komentarza:
cry tongue sad sleepy mad biggrin confused cool smile happy suprised drool


Kod z obrazka:
Przepisz dwa słowa z obrazka w pole pod nim (bez spacji między wyrazami).

Zapowiedzi

katalog stron Statystyki, katalog stron www, dobre strony internetowe Bookmark and Share dodajdo.com dodajdo.com
więcej »  Komentarzy: 0

Reklama

















Odwiedź Nasz Profil na PlanujemyWesele.pl

więcej »  Komentarzy: 0

REDAKCJA

Redaktor Naczelny:
Janusz Maciejowski
tel. 0-
503670896
e-mail: j.maciejowski@nlt.media.pl

Redaktor Techniczny:
Andrzej Juliusz Gąsowski
e-mail: andgasow@o2.pl


Współpraca:
Krystyn Fok
Andrzej Kamiński
Konrad Koczywąs



Wydawca:
MidMedia
ul. Konopnickiej 8/5
05-400 Otwock


ISSN: 1899-5512
Rejestr dzienników i czasopism nr: III Ns rej. Pr 695/08 (Sąd Okręgowy Warszawa Praga)



Copyright © 2009 New Light Times
designed by Michał Browarski