Kocie opowieści / rozdział pilotażowy/
Pamiętam tylko zapach błota i brudnych rąk, ranę na grzbiecie, chyba od ugryzienia, która bardzo piekła, gdy te brudne ręce mnie wzięły. Tak się chyba zaczyna kocie życie.
Potem – w zależności od układu planet lub czegoś innego – jest albo lepiej, albo gorzej. Gdyby małe kotki umiały pisać, to pewnie tak zacząłbym te opowieści.
Było jakoś szaro i chyba zbliżał się wieczór. Tam za rogiem, gdzie kończyła się ulica i nie słychać już psiego ujadania, widać było delikatny promyk światła... Tam musiał być koci raj albo coś podobnego.
Borus, najstarszy z naszego niewielkiego stada, mówił, że tam - jak usłyszał od ludzi - jest kraina Kocich Łbów; tam pewnie mieszkają nasi bogowie. Wiedział, co mówi, chociaż nigdy tam nie był. Ale on musiał wiedzieć, bo był najstarszy i znał wszystkie zapachy świata na pamięć. Tereny, które zaznaczył świadczyły o jego wielkości.
- Wczoraj jakiś człowiek zabrał Teresę – użalała się Matti jak zawsze w takich sytuacjach – znowu będę musiała karmić jej małe.
I tak poznałem swoją nową matkę. Była ze mną tylko kilka dni, bo potem…
Wpadłem, chyba podczas zabawy, w to błoto. Lewa tylna łapka krwawiła, a grzbiet był ciepły, piekł i bolał. Z oczu wylewało się coś lepkiego, też ciepłego, ale bardzo niesmacznego, gdy spływało przez nosek na języczek. Nagle coś mną szarpnęło. Bardzo zabolało. Chyba straciłem przytomność, ale pamiętam te ręce.
- Trzeba szybko go dać do weterynarza – krzyczał właściciel tych rąk.. Ale tego nie wiem, bo wtedy jeszcze nie znałem ludzkiego języka.
Byłem zziębnięty, zakrwawiony i obolały. Pewnie też nie wierzyłem, że przeżyję, chociaż nie wiedziałem, co to jest życie i po co tutaj jestem. Zresztą, co to jest tutaj i po co, to też tego nie wiedziałem.
Postanowiłem robić to, co wiedziałem, że umiem i robię najlepiej – zacząłem przeraźliwie miauczeć i zawodzić, a – gdy czułem delikatne głaskanie, to pomrukiwałem. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że to umiem i nawet lubię. Później nauczyłem się, że gdy mruczę, to jest to dobre, gdy jestem głodny. Do tego trzeba dołączyć umiejętność wicia się wokół człowieka i zadzierania głowy do góry, a potem do dołu, co ludzie uznają jako formę proszącą, na ogół to działa, choć nadmierne, jak oni to nazywają, łaszenie się, może wywołać reakcję odwrotną.
- Dość już tego, przed chwilą jadłeś, a w misce masz pełno – nie wiem, co to znaczy, ale wiem, że ma cos wspólnego z tym, że należy podejść do miski, a tam już czeka jedzenie, które przed chwilą też tam było. Jak czegoś nie wiem, to najlepiej jest przyjąć postawę taką, że łebek daję do góry i delikatnie odrzucam na bok. Po czym spokojnie odchodzę.
- No i się obraził – powiedział człowiek z takim dziwnym grysem. Znaczy się, że zrozumiał, że ja nie wiem, o co mu chodzi. Po chwili na pewno mnie pogłaszcze i będzie fajnie. Ale mnie już senność zbiera i szukam ciepłego miejsca.
I. Morderstwo
Tej nocy było głośno, ktoś krzyczał, coś stuknęło. Obudziłem się i przeciągnąłem. Przy okazji nastroszyłem futerko, żeby wiedzieli, że nie jestem zadowolony, gdy mnie budzą. Widziałem jakiegoś innego człowieka, który tego mojego jakby głaskał, ale tak inaczej. Tylko, że on krzyczał, bo nie jest kotem, to pewnie głaskania nie lubi. Potem przestał krzyczeć, bo chyba usnął. Tamten jeszcze patrzył na niego, czy już na pewno śpi.
W pewnej chwili zobaczył mnie. Był taki dziwny i jakoś tak na mnie patrzył inaczej, że mi się zimno zrobiło. Człowiek chwycił buta należącego do mojego pana i rzucił nim we mnie. But poleciał w innym kierunku, niż zamierzał, ale usłyszałem jego syknięcie i krzyk „ku....!”. Przestraszyłem się i uciekłem w przeciwnym kierunku, pod komodę. Prychnąłem i głośno miauknąłem, co też go przestraszyło, bo uciekł i nawet nie zamknął drzwi.
Mój pan nadal spał. Podszedłem do niego cichutko, żeby nie budzić i wtuliłem się w niego. Był taki zimny. Zasnąłem.
Znowu obudził mnie krzyk. Tym razem w domu było więcej ludzi. Nikogo nie znałem. Jedni wychodzili, inni wchodzili. Wykonywali jakieś dziwne ruchy, któryś z nich, ten, co miał taki dziwny, ale delikatny i ciepły zapach, wziął mnie na ręce i pogłaskał.
- Gdybyś ty, kotku, potrafił mówić, to powiedziałbyś nam pewnie, co się tutaj stało i kto Szarańskiego tak wykończył?
Nagle zrozumiałem, że wiem, co do mnie mówi! Hurra, ja znam już ludzki język!
- Ja umiem mówić, umiem, wszystko widziałem, wszystko opowiem – miauczałem przeraźliwie.
- Tak, tak, kotku, płaczesz za panem – powiedział człowiek o dziwnym zapachu i nadal mnie głaskał.
- Nie głaskaj mnie, tylko słuchaj! – miauczałem nadal, coraz głośniej, ale on dalej swoje, Zrozumiałem, że znam już ludzki język, ale inaczej mówię. On nie zna tego ludzkiego języka, który ja znam. Może, jak obudzi się mój pan, to mu przetłumaczy.
Ale mój pan nadal spał. Wyrwałem się, żeby go obudzić. Nagle wzięły mnie jakieś obce ręce i wyrzuciły na podwórko.
Zobaczyłem, że pod akacją siedzi Borus. Był trochę wystraszony. Podszedłem do niego cicho, powąchałem z jednego boku, z drugiego, pod brzuszkiem i dotknąłem jego nosa. W porządku, zapachy były dobre, znaczy, że na mnie, że tam byłem, gdzie teraz jest tylu ludzi, nie gniewa się.
- No, to zostałeś znowu sam, biedaku – mruknął do mnie.
- Jak to sam? Oni potem pójdą i wrócę do pana. On teraz śpi, nawet nie wie, że są u niego. Jak się obudzi, to ich wygoni, a ja dostanę coś do miski.
- Oj, ty głupi maluchu, twój pan nie śpi tylko nie żyje, zabili go, rozumiesz?
- Jak to zabili? Nie żyje? Co to jest nie żyje i zabili? – nie mogłem zrozumieć.
- To znaczy, że twojego człowieka już nie ma i nikt ci nie da miski.
Nie wiedziałem, co się robi w takich chwilach, gdy tak dziwnie ściska w gardle, jakby ktoś tam kulkę z sierści włożył, więc, na wszelki wypadek zacząłem miauczeć. Próbowałem też prychać, tak, jak się takie kulki z gardła usuwa, ale chyba mi nie wychodziło.
- Zamknij się i słuchaj – powiedział Borus – idź tam i łaś się do kogoś, może ktoś cię weźmie. Inaczej tu zginiesz. Nie nadajesz się do życia z nami, bo nie masz tej łapki i nie dasz rady uciec przed psami. Nie możemy cię przyjąć do naszego stada, bo nikt się na to nie zgodzi.
Oj, nie jest dobrze, pomyślałem, ale nie bardzo wiedziałem, co myśleć i czy dobrze to robię. Ale byłem pewny jednego, że nie jest dobrze, cokolwiek to znaczy. Zbierałem słowa, starałem się inaczej miauczeć, nawet chyba przytulałem się do Borusa, ale sytuacja nie ulegała zmianie. Patrzył na mnie takimi zwiększonymi oczami, jakby szukał światła w piwnicy.
- A ty? Przecież jesteś tu najważniejszy, ty możesz im wszystkim powiedzieć, że ja jestem twój.
- Nie mogę, ja muszę dbać o stado, a ty będziesz wszystko opóźniał, nie umiesz polować i nie nauczysz się. Popatrz na swoje łapki. Są małe i tylko trzy, a popatrz na moje, silne i duże łapy.
I trzepnął mnie pazurem. Zabolało. Borus był silny.
Oj, oj, nie jest dobrze, miauczałem skulony podczołgując się pod dom mojego pana. Przez chwilę nawet myślałem, że wstał, bo widziałem jego rękę. Ludzie wynosili taki worek i on w nim był. Ale przecież mój pan umiał chodzić. To po co go nieśli?
- Zostawcie go, dajcie mu spać! – Krzyczałem.
Ale nikt nie zwracał na mnie uwagi.
Tego, co się działo, jeszcze nie rozumiałem. Śmierć była mi obca, chociaż nagle znikła moja matka. Ale ją przecież zabrali do Krainy Kocich Łbów.
- Ciężka sprawa, żadnych motywów, nic nie zginęło – słyszałem jak mówił ten człowiek, co mnie wtedy przytulił – jedynym świadkiem jest ten mały kotek, ale przecież kot nam nie powie. – pokazał na mnie.
Przestraszyłem się trochę, bo wyrwał mnie z takich myśli, które powodowały, że na grzbiecie stroszyłem się i inaczej pachniałem. To zapach strachu, ale wtedy go jeszcze nie znałem. Przypominałem sobie te wszystkie nowe zapachy i był taki jeden z nich, który powodował to mrowienie. To był zimny, stęchły, jakby ulotny dymek, który roznosił się powoli, ale szczypał w nos. Taki zapach. Nie mogłem go skojarzyć, gdzie go poczułem, ale nie był daleki.
- Komisarzu, wszystko zabezpieczone, ale śladów nie ma wiele. Szarański nie miał za czysto, a sprawca chyba był w rękawiczkach. – mówił jakiś, tak na szaro ubrany człowiek i miał takie białe ręce, które potem ściągnął i zostały już te prawdziwe jego.- Jest dziwne, że nie ma jednego buta, a chyba Szarański w nich był przed zabójstwem. Po co miałby chodzić w jednym bucie? Może go przymierzał, a tamtego drugiego szukał, albo może to nie były jego buty. Albo tamtego buta zabrał sprawca. Tylko, dlaczego?
- Kosiński, sprawdź to dokładnie. Jak to nie ma buta?
- No, komisarzu, nie ma i już. Nie wiem. Będę czujny. Tylko, po co ktoś zabijał biedaka, któremu ledwie na starczało na opłacanie tej komunałki?
Wiem, teraz wiem, to był zapach śmierci. Śmierć ma zapach, a więc ona jest. Jak jest, to powinna być widoczna. Albo nie całkiem, bo wiatr ma zapachy, a go nie widać, ale też jest i może też nosić inne zapachy. To trudne. Na razie to ja jeszcze tego nie rozumiem i nie umiem. Ale te myśli wciąż są. Pan, jak śpi to pachnie; jak wtedy spał, to pachniał inaczej, tak zimno. To w nim musiała być ta śmierć. Ale jak weszła? I jak przyszła?
Może, jak ja spałem, to ten człowiek, co rzucił we mnie butem, tym, którego szukają, przyprowadził ją i dał ją mojemu panu, gdy on spał. To ona się mojego pana bała, bo zaczęła pachnieć tak bardzo, ze mnie to drażniło. No, bo chyba nie bała się mnie, bo by uciekła i mój pan by zaczął pachnieć po swojemu.
Czyli zaraz, jak śmierć jest i jej nie widać, to musi być jak wiatr, tylko wiatr zbiera zapachy, a ona zabiera? To chyba jest to zabijanie, o którym mówił Borus. Czyli, że ktoś, jak go zabiją, to jest, ale go już nie ma, bo nie pachnie sobą, tylko nią. Potem go pewnie zabierają do jakiejś Krainy Kocich Łbów, takiej dla ludzi, bo oni chyba mogą do niej dotrzeć. Ci, którzy go tam zanoszą, to wracają, a on, jak jest zanoszony, to nie wraca. Tak, to chyba taka jest ta zabijanka ze śmiercią. To rozumiem. Poczułem niewielką ulgę, ale zaraz po tym zrobiło mi się smutno. To też nowy i inny zapach, taki ciemny, ciężki i od noska bardziej w dół.
Ludzie rozmawiali nadal, a ja uczyłem się rozumieć. Nawet nie zauważyłem, że zrozumiałem, o czym rozmawiali i, że oni nie rozumieją, że ja to wiem.
But! Tak, przypomniało mi się, że nie rozumieją buta, a ja go rozumiem i znam jego zapach, i wiem, gdzie on jest. Ale jak im to powiedzieć. I po co im ten but? Chyba nie będą nim rzucać, jak tamten człowiek. Nastroszyłem, a właściwie, futerko samo się nastroszyło.
Nawet nie zauważyłem, że ten, do którego mówili komisarz, był właśnie nade mną i chwycił mnie delikatnie swoją dużą ręką. Podniósł do góry i przyłożył swój nos do mojego. Nos miał suchy, ciepły i pachniał lekko. No, ten komisarz, to musiał znać się na kotach, albo mieć kota w rodzinie, bo wie, że trzeba nosek przyłożyć do noska, żeby poczuć, czy jest dobrze, czy nie.
Było dobrze. Musnąłem jego nosek, zaciągnąłem się jego zapachem i oddałem mu swój, który najbardziej był na czubku głowy. Teraz już zapachy się wyrównały i mogliśmy się porozumieć.
- No i co ja mam z tobą zrobić, kitku? - Nie wiem, czy pytał mnie, czy siebie, bo patrzył w górę, więc nawet nie miauknąłem, choć chyba mruknąłem.
Dobrze mi teraz było. Przedtem miałem swojego pana, który poszedł ze śmiercią i mnie nie zabrał, bo jak szedł, to spał, a jeszcze go nieśli. Teraz mam swojego komisarza. Zauważyłem, że rosnę, łapka mnie już nie boli i nawet wyżej mogę wskoczyć. Brak jednej łapki wcale mi nie przeszkadza i Borus się mylił, czyli on tez wszystkiego nie wie.
A najbardziej lubię wskakiwać na kolana mojego komisarza.
Mieszkam teraz bliżej tego miejsca, gdzie widziałem przejście do naszej Krainy Kocich Łbów, ale komisarz mnie nie wypuszcza samego, więc na razie tam się nie wybieram. Nawet nie wiem, po co miałbym się wybierać tam, skąd nikt nie wrócił. Są takie rzeczy i miejsca, które są mi zupełnie niepotrzebne.
Przypominam sobie te moje opowieści i teraz wiem, że niewiele wtedy rozumiałem.
Od tamtego czasu minęło już kilka miesięcy.
Ale to ja znalazłem tego buta, o czym zapomniałem powiedzieć.
A było to tak, że komisarz wziął mnie jeszcze do domu mojego dawnego pana. Postawił na podłodze, podstawił moją miskę i dał mi jeść. Byłem trochę głodny, ale chciałem się też pobawić. Zacząłem się wić po podłodze, żeby zrozumiał. On wtedy rozumiał już dużo z kocich potrzeb, no – mniej więcej już tyle, ile ja rozumiem teraz.
Tam, koło krzesła, tego przy łóżku, leżała taka mała piłeczka. Dawałem mu znać ogonkiem, żeby mi ja rzucił, ale w końcu musiałem do niej podbiec i – jak na niego popatrzyłem, to chyba bokiem ruszyłem piłeczkę i potoczyła się pod łóżko. Tam to nie wchodziłem, bo tam była taka dziura w podłodze i nie było tam dobrze. Ze strachu miauknąłem pod łóżkiem, ale też zobaczyłem, że tej dziury nie ma. Pewnie poszła, albo ją wzięli, jak zabierali mojego pana. Albo nie, nie wiem, zresztą, po co mu taka dziura, jak i tak, gdy była tutaj, to do niej nie zaglądał. Ale jej teraz nie było.
Komisarza twarz zobaczyłem nagle, jak wetknął ją pod łóżko i już chciał mnie chwycić ręką, żeby wyciągnąć, ale usłyszałem trzask i uciekłem.
- Kosiński, jest but – krzyknął mój pan. Chodź tutaj i zabezpiecz to. Popatrz, tu jest wyrwa w podłodze. Ktoś musiał kopnąć tego buta pod łóżko, i ta belka się zapadła i go schowała. Zbadaj, czy nie ma śladów.
- Tak jest, komisarzu. Kurna, to ten kot ci to powiedział, ale numer – powiedział ze śmiechem ten Kosiński.
- A wiesz, że tak, mały się pewnie chciał bawić i gdyby nie wskoczył pod to łóżko, to byśmy tego buta już chyba nie szukali.
No pewnie, że ja, a kto inny. Przecież wy jesteście za duzi, żeby pod łóżka wskakiwać. Byłem z siebie dumny, bo się wyprostowałem, podkuliłem tylną łapkę, a obie przednie dałem do tyłu, wygiąłem grzbiet i podniosłem ogon. Mój komisarz naprawdę zrozumiał, bo od razu mnie pogłaskał.
Dostałem też wtedy imię. Tak cały czas na mnie woła.
- Kotku, to twoja zasługa – powiedział komisarz – od dzisiaj będziesz Holmi, tak zdrobniale, od Holmesa, bo mały z ciebie detektyw. – Pogłaskał jeszcze raz i przytulił, a zapach, który poczułem, był cieplejszy niż wszystkie, jakie czułem dotychczas. I tak dziwnie jasno mi się zrobiło, nosek zwilgotniał, futerko stało się miękkie i puszyste, włączyło się, jakoś tak samoistnie moje mruczenie. I było mi dobrze, tak dobrze, że jeszcze bardziej tego nie rozumiałem.
Ale ten zapach jest najlepszy i zawsze mój człowiek go ma, gdy jest przy mnie.
Później dowiedziałem się, że tak pachnie miłość ludzi do kotów i nasza do nich. Wtedy te zapachy tworzą taki cudowny bukiet, że nic nie trzeba rozumieć, wtedy trzeba tylko mocno i intensywnie mruczeć. Zresztą, to dzieje się tak niezależnie i jest, po prostu jest. Nie będę tego tłumaczył, bo i tak nie umiem. Ale wiem, że i ludzie, i koty to czują, kiedy to właśnie jest.
Po tych miesiącach, które mijały tak szybko, przyzwyczaiłem się już do tego, że nie wszystko rozumiem, ale wiedziałem, że Makary rozumie wszystko i więcej niż ja jestem w stanie nie zrozumieć. Tak miał na imię mój komisarz, którego już teraz nazywałem różnie – mój komisarz, Makary, a nawet „mój pan”.
- A wiesz, Holmi, że Makary to takie kocie imię? – Powiedział do mnie kiedyś.
No, wtedy się dowiedziałem, bo skąd miałem wiedzieć? Od Borusa dowiedzieć się nie mogłem, bo pewnie on by wiedział, ale przecież nawet nie chciał mnie przyjąć. Gdyby teraz zobaczył, jak wysoko potrafię skoczyć i, że brak tylnej łapki mi nie przeszkadza, to by zmienił zdanie. Ale..., nie ważne.
Wspominałem czasami mojego pana i nawet kota Borusa.
Myślałem, że tego największego ze znanych mi kotów już nie zobaczę, aż do dzisiaj.
- Komisarzu, musimy pojechać do tego nowego właściciela domu po Szarańskim, bo już dopełnił formalności meldunkowe – powiedział Kosiński. Marian Kosiński był technikiem policyjnym, co dla kotów nie ma znaczenia. – Przy okazji zapytamy, może w okolicy coś widział, słyszał o czymś.
- No, to trzeba... – powiedział mój Makary – nurtuje mnie ta sprawa bardzo, a niewiele w niej szczegółów. Jedyny ślad to ten but i ten kawałek naskórka. Ale, żeby, chociaż jakiś motyw. Kurde, czemu ktoś zabił tego biedaka. Nie mieści mi się to zupełnie.
- A może źle szukamy, może coś pominęliśmy?
Rozmawiali już w samochodzie. Wyjechaliśmy z osiedla, skierowaliśmy się na główną szosę. Po chwili dojechaliśmy do niewielkiego lasku, gdzie kończyła się asfaltowa droga, a zaczynała, najpierw wąska ubita niewielka dróżka, a potem szersza droga z betonowych płyt. Po lewej stał, po stronie południowej, dom mojego pana, którego zabrała mi śmierć. Był w Krainie Kocich Łbów dla ludzi, niedaleko której mieszkałem, a w każdym razie bliżej niż stąd.
Marian i Makary wyszli z samochodu, mnie zostawili na siedzeniu. Nie zamykali drzwi. Postanowiłem, że sobie pozwiedzam tereny, gdzie rozpoczęło się moje dzieciństwo.
I nagle poczułem znany mi zapach kociego moczu. Dochodził z trawy przede mną. Ale już tam nie było tej akacji, pod którą kiedyś rozmawiałem z Borusem. Pobiegłem tam i swoim moczem zostawiłem wiadomość, że byłem. Jak kiedyś Borus tu przyjdzie, to pewnie też będzie pamiętał. Koty nie zapominają raz poznanego zapachu.
Zachodziło słońce, robiło się chłodniej, ale kwiecień tej wiosny był dość ciepły. Nagle usłyszałem szelest. Za murkiem, który był pozostałością dawnej stodoły lub jakiegoś gospodarczego zabudowania, stała drewniana komórka. Drzewo pachniało stęchlizną, było wilgotne i zimne.
Poczułem nagle, bo ja mam te takie stany zamyślania się, że mnie nosek zabolał. Dopiero po chwili zrozumiałem, że dostałem pazurem od kota. To Borus, to był Borus!
- Nie poznajesz mnie? - Miauknąłem, trochę z bólu, trochę ze zdziwienia.
Kot zatrzymał w połowie drogi kolejny cios, powoli przystawił nos do mojego, ale wciąż był nastroszony. Mruknąłem i też się nastroszyłem.
- Mały, to ty? – Zdziwił się. – Skąd się tutaj znalazłeś, znowu ktoś cię wyrzucił, mówiłem ci, że...
- Nie, nie, nie – przerwałem mu – jestem tu z moim nowym panem, bo on tu czegoś znowu szuka.
- Tutaj? Tu nawet nie wchodzimy, bo ten człowiek, który tu mieszka nie lubi kotów i w nas rzuca różnymi przedmiotami.
- Butami też? – Nie wiem, dlaczego zapytałem.
- Raz we mnie takim starym rzucił, ale nie trafił.
To tak, jak wtedy we mnie.
- Borus, ja muszę, wiesz, później pogadamy, muszę tam iść – nie wiem też, co mi się stało, ale coś ciągnęło mnie do domu mojego dawnego pana.
Drzwi były zamknięte, ale otwarte okno, chyba od kuchni, bo czuć było zapach sera i chleba, i jakiś jeszcze inny, ale nie wiem, co to było. To nie był dobry zapach.
Wskoczyłem do środka. Mój komisarz, Kosiński i człowiek w starej koszuli siedzieli przy stole. Rozmawiali. Pokręciłem się trochę, wąchając usiłowałem sobie przypomnieć ten dziwny zapach. Wydawało mi się, że Makary mnie zobaczył, więc szybko pobiegłem do niego i wskoczyłem mu na kolana.
Człowiek w starej koszuli wzdrygnął się, ale Makary szybko go uspokoił i powiedział mu, że ja jestem jego kotem. Znowu ten dziwny zapach.
- Czyli, że czekał pan na to mieszkanie, żeby z przydziału dostać? – pytał Kosiński człowieka w starej koszuli.
- Tak, moje się spaliło, mieszkałem kilka lat w hotelach, a gmina mi obiecała w pierwszej kolejności, jak coś się pojawi...
- Ale wie pan, co w tym domu się wydarzyło?
- Tak, ludzie mówili, naczelnik to chyba chciał przede mną ukryć, bo ten pacan myślał, że się przestraszę może, czy co – zaśmiał się - a przecież ja nie będę wiecznie w hotelach i kątem u kogoś mieszkał, nie, panie władzo?
- Coś może się panu dziwnego tutaj zdarzyło, albo może pan coś widział, może ktoś się tutaj kręcił?
- Nie, nic takiego, panie władzo.
Tak, tak! Teraz przypomniałem sobie ten zapach! To ten człowiek, który przyniósł śmierć! Ale jak to Makaremu powiedzieć, że ja go znam, że to on rzucił we mnie butem? Zacząłem się szamotać i wyrywać, wskoczyłem na stół. Makary źle zrozumiał, bo upomniał, że to nie czas na zabawę.
- Makary, Makary!!! – krzyczałem przeraźliwie, żeby zrozumiał. Wreszcie wyrwałem mu się z rąk i skoczyłem na tego człowieka. Drapnąłem go pazurem, ile tylko miałem siły. Kosiński i Makary mnie odciągnęli i przepraszali drania. Za co?! To on zrobił, że nie ma już dawnego pana. Zrozumcie! – Miauczałem i prychałem nadal.
- A butem trzeba przyłożyć, co za kot, po co policja z kotami jeździ! – krzyczał zły człowiek.
Mój komisarz zabrał mnie do samochodu i tym razem zamknął drzwi. Wrócił do środka. Ciemniało już. Wracaliśmy do domu, a mnie robiło się coraz bardziej sennie. Kosiński był za kierownicą, a ja leżałem u Makarego na kolanach, jak zwykle.
Komisarz miał beżowe spodnie, z miękkiej bawełny. Układałem sobie fałdy, aby wygodnie się położyć.
- Dziwnie ten twój kot zareagował, wiesz... – zagadnął Kosiński
- Wiesz, też mnie to zdziwiło – powiedział Makary i spojrzał na mnie. Jego wzrok jednak nie spotkał się z moim, tylko powędrował na spodnie, w miejsce, gdzie układałem sobie ich fałdy. Teraz i ja zobaczyłem na nich małą ciemnopurpurową plamkę. To była krew, która została mi na pazurku po drapnięciu tego złego człowieka w starej koszuli.
- Marian, nie uwierzysz?
- Co?!
- Pamiętasz tego buta, jak Holmi nas do niego zaprowadził?
- No i?
- Holmi nam dzisiaj wskazał mordercę...
Zasnąłem wreszcie spokojnie. Nie wiedziałem wtedy, że ta pierwsza sprawa będzie początkiem mojej detektywistycznej kariery.