I stała się transferność. Zbawiciele giną, niekoniecznie za nasze grzechy, na wszystkich frontach galaktyki, a google stały się biblią. Mało tego, każdy z nas może zbawić świat, umiejętnie klikając myszką. Każdy może być głosem narodu, wyrażać swoje opinie, czuć się potrzebnym w budowie społeczeństwa, o którym pisali bracia Wachowscy w scenariuszu kultowego Matrixa.
Niedawno, rozmawiając z młodym człowiekiem, zostałem poinformowany, że moje pokolenie to już przeszłość, a czasy, w których ja byłem młody, to nieciekawa rzeczywistość, którą należy już między wykopaliska włożyć. A, bo nie było techno, a, bo nie było netu, a, bo nie było komórek i innych dobrodziejstw techniki. Jasne. I rację ma, jako rzekł, nie było. Na bociana mówiło się pterodaktyl, a magnetowid VHS był wynalazkiem niemalże kosmicznym. On teraz już wie, jak wyglądał pterodaktyl, bo znalazł jego zdjęcie i opis w wirtualnej encyklopedii, ale ja mogłem tego pterodaktyla dotknąć. No i tak się można szalkami ważności przerzucać…
A były też biblioteki, z prawdziwymi książkami, nie z bazami danych. W bibliotekach zawsze panowała cisza, gdy wyciągało się książkę z półki, nie wyskakiwały reklamy, a pod notatkami w analogowym zeszycie nie pojawiały się wpisy innych userów. No, chyba, że potem, gdy już były w zeszycie szkolnym, to wtedy wpisywał się taki troll, do którego trzeba było mówić „ na jutro poprawię, panie psorze”. Kłopot był w tym, że nie można go było zbanować, choć on mógł wymoderować każdy wpis, którego dokonywałeś np. kredą na ciemnozielonej tablicy. Tak, bo ja w epoce kredy żyłem. Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się, co to jest tablica, to - dla wyjaśnienia - tak w języku dawnym określano flipchart.
W ciekawych czasach przyszło żyć każdemu pokoleniu. Dziadek kiedyś opowiadał jak w dupę dostał od swojego ojca, bo powiedział, że słyszał, iż człowiek kiedyś stanie na księżycu. Usłyszał też, że w wariatkowie skończy jak takie herezje będzie głosił. A kto by wtedy pomyślał, że pieniądze, których nie widzimy, będziemy trzymać w bankach, których nie ma? Teraz są i nawet na nie napadają. I to jest akurat bardzo pozytywne, bo napad na internetowy bank nie kończy się rozstrzeliwaniem zakładników. Ale w rzeczywistości można stracić życie za kawałek plastyku, który trzymamy w portfelu.
Po pracy, gdy już w swoich biurach wyłączymy komputery, przychodzimy do swoich domów, jemy tradycyjną obiadokolację, po czym żegnamy się z rodzinami i włączamy swoje kompy, by do późnego wieczora chronić świat przed obcymi, wyrażać swoje opinie na forach, stawać się maczo, który wszystko może. A możemy dowalić każdemu, bo logujemy się pod nickiem „Predator” czy inny „Alien”, wchodzimy na stronę, gdzie załogował się nasz szef i wyzywamy go do woli, by następnego ranka prędko zrobić mu gorącej kawy i powiedzieć, że z tą podwyżką, to może zaczekać do następnego roku, a urlop też nie jest konieczny, bo to fajna praca i prawie jak urlop.
A wieczorem, dawaj: „Kowalski to debil i jego żona się puszcza jak Kampinoska” - piszemy na forum, a inni nam odpisują, jacy to bohaterscy jesteśmy, bo jego każdy się boi, a ten user tak śmiało mu na forum wali. Czujemy się dowartościowani, mamy wreszcie „przyjaciół”, grono innych userów, którzy, tak jak my, oczekują wirtualnego zbawienia. A pterodaktyle już nie są takie straszne, bo wyginęły, wyginą też biblioteki, kawiarnie, dyskusje do rana przy kominkach.
A młody człowiek, z którym gadałem ma na imię Rambo i żyje już tylko w Internecie, bo ma misję i to on zbawi ten świat, gdzie wszyscy jesteśmy userami.
Był sobie człowiek…
Artykuł ukazał się także w “Linii Otwockiej”
fot. Janusz Maciejowski
Brak komentarzy.