W Cegłowie, niewielkiej wsi powiatu mińskiego, nikogo nie dziwi, że ksiądz ma żonę i córkę. Wręcz przeciwnie. Do parafii należy prawie połowa mieszkańców, a na msze tłumnie przychodzą dzieci i młodzież. W każdą niedzielę i dni świąteczne biją dzwony na wieżach dwóch, stojących obok siebie kościołów, wzywając wiernych na modlitwę.
Jedni idą na mszę rzymsko-katolicką, inni na mariawicką. Wszyscy w pobożnym skupieniu. Zdarza się, że jednej rodziny, część osób idzie do jednego, a część drugiego kościoła. Tak jest od lat, więc wyłącznie przybyszów dziwi tolerancja mieszkańców i zgodna praca dwóch proboszczy różnych kościołów.
- Jeszcze kilkadziesiąt lat temu było inaczej. - mówi ksiądz Grzegorz, proboszcz parafii Kościoła Starokatolickiego Mariawitów. - Ludzie wybijali szyby w kościele i plebani, a za naszymi wiernymi pokrzykiwali: kozioł i beczeli, jak on. To od nazwiska założycielki Zgromadzenia, Marii Franciszki Kozłowskiej. Teraz już wszyscy żyją w zgodzie i wzajemnie się szanują.
Ksiądz z dziada, pradziada
Ksiądz zaprosił mnie na plebanię. Mieszka skromnie. W pokoju niezbędne meble, telewizor, wytarty dywan, otomana… Jedyne co rzuca się w oczy, to książki, zapełniające regał i piętrzące się przy komputerze.
- Podtrzymuję tradycję rodzinną, będąc kapłanem. Mój pradziadek i dziadek byli pionierami starokatolickiego kościoła Mariawitów. - wspominał ksiądz Grzegorz, gdy usiedliśmy przy kawie i świątecznych ciastach. - Czuli, że w kościele trzeba coś zmienić. Uważali, że kapłan musi wychodzić do ludzi. Pomagać im i służyć. Że nie można być altruistą od święta i przy okazji. Ojciec był ministrantem w mariawickim kościele w Dobrej koło Łodzi. Dużo czasu spędzałem w kościele, przy ojcu. W domu naśladowałem go i księdza. Małym dzwoneczkiem, który dziadek odczepił od janczarów, podzwaniałem i wygłaszałem kazania. Po ukończeniu szkoły podstawowej ojciec zawiózł mnie motorem do Płocka, gdzie ukończyłem seminarium niższe i później wyższe. Zostałem wyświęcony na księdza. Ukończyłem jeszcze studia na Akademii Katolickiej na wydziale pedagogiczno-katechetycznym. Obecnie robię doktorat na temat „tendencji unijnych pomiędzy kościołem starokatolickim Mariawitów, a kościołem prawosławnym”.
Jest, niczym balsam
Ksiądz Grzegorz ma 45 lat, z czego już 12 pracuje w cegłowskiej parafii mariawickiej. Mieszkańcy go szanują, bo jest otwarty na ich problemy i umie też z nimi cieszyć się, gdy mają ku temu powód.
- Często chodzę do świetlicy parafialnej, bo ksiądz Grzesio urządza w niej dyskoteki i ciekawe spektakle. - mówi Asia, uczennica szkoły średniej, stojąca na przystanku PKS. - Do kościoła jednak chodzę do księdza Jerzego. Tak jak mama i babcia. Tato woli chodzić do Mariawitów, choć nie sam nie wie dlaczego. Może przyzwyczaił się, bo jego rodzice chodzili.
Chodząc po Cegłowie, pytałem mieszkańców o księdza Grzegorza i jego charytatywną działalność na rzecz dzieci i młodzieży. Wszyscy, jakby zmówieni, chwalili go i opowiadali ile dobrego robi. Z dumą mówili też, że ksiądz odznaczony został „Orderem Uśmiechu”, co odbyło się dwa lata temu z wielką pompą i przy udziale tysięcy mieszkańców gminy. Jedna ze starszych kobiet wręcz stwierdziła, że chodzi do kościoła rzymsko-katolickiego, ale księdza Grzegorza bardzo szanuje, bo jest wszędzie tam, gdzie piszczy bieda, albo komuś coś złego się dzieje.
Telefon do Pana Boga
Mariawicki ksiądz od 6 lat organizuje letni wypoczynek dla dzieci. Zabiera je na wyspę Wolin do Międzywodzia, gdzie w lesie, ale nad brzegiem morzem rozbijane są namioty i instalowana kuchnia polowa. Grupa 150 dzieci i kilkoro opiekunów, pracujących za darmo, organizuje posiłki i czas wypoczynku. Trzy tygodniowy pobyt kosztuje 670 zł. Nie płacą jednak te dzieci, którym w domu nie powodzi się najlepiej. Za nich płacą wierni kościoła, bo od Wielkiej Soboty do Dnia Św. Jana Chrzciciela zbierane są na ten cel pieniądze do skarbonki oznaczonej uśmiechniętym słoneczkiem. Jeśli brakuje kilku groszy, ksiądz dokłada ze swoich. Obozy chętnie odwiedzane są przez rodziców. Kilka pusto stojących namiotów z łóżkami stwarza taką możliwość.
- Zależy mi, by dziecko miało możliwość, może raz w życiu, zobaczyć morze i przekonać się, że rano je się śniadanie, a wieczorem podwieczorek i kolację. W domu nie zawsze tak jest. - mówi ksiądz z goryczą w głosie. - Zdarza się, że dziecko, gdy zobaczy na swoim talerzyku ser żółty, biały, wędlinę i dżem, zje dwie kanapki i ma dość, choć oczami jadły by dalej. Po prostu nie są przyzwyczajone, by rano jeść coś więcej, niż pajdę chleba ze smalcem.
Ksiądz organizuje z młodzieżą przedstawienia i zabawy. Duzym powodzeniem na przykład cieszy się różaniec na wesoło. W sali parafialnej, po różańcu na poważnie, zbiera się młodzież i rozwiązywane są rebusy w stylu: co to jest róża duchowna? Ot, róża, kolce i duch. Bawią się też w telefon do Pana Boga. Kto chce bierze słuchawkę telefoniczną i rozmawia, o czym chce, z Bogiem. Chętnych jest dużo. Olbrzymim przeżyciem dla młodzieży i dorosłych był spektakl na temat aborcji. Była to rozmowa nienarodzonego jeszcze dziecka z matką, która nosiła je pod sercem. Prośba płodu, że chce się narodzić, bawić się, chodzić do szkoły i zostać poetą, wywołała u niektórych płacz. Duże wrażenie wywołała tez pantomima ukazująca Jezusa, którego szarpią alkoholicy, narkomani, złodzieje…Okładają Go kijami, tłuka na nim butelki po wódce i odzierają z szat. Wagnerowska muzyka dopełniała poczucie, że dzieje się coś strasznie złego, że ci ludzie niszczą dobro i miłość.
Żyje tak, jak wszyscy
Ksiądz z rodziną mieszka na plebani. Żona pracuje jako pielęgniarka w Domu Opieki Społecznej dla upośledzonych chłopców w Mieni. Córka jest uczennicą pierwszej klasy Liceum Ogólnokształcącego. Nie żyją w przepychu. Ot, jak wiele innych rodzin z dwóch pensji. Mąż z tacy, jak inni księża utrzymuje kościół, zaś pieniądze ze ślubów, pogrzebów, mszy intencyjnych dzieli pośród organistę, kościelnego i siebie. Wystarczy, by znośnie żyć, kształcić córkę, ale nie na tyle, by gromadzić majątek. Zresztą wśród mariawitów jest reguła, że z chwila śmierci kapłana, żona nie dziedziczy majątku kościelnego, a jedynie przedmioty osobistego użytku, jak ubrania, telewizor, sprzęt radiowy i komputerowy. Jeśli dorobią się samochodu, żona musi udowodnić, że nie kupili go za pieniądze kościelne. Musi też z dziećmi opuścić mieszkanie w plebani.
- Dużą odwagą musi charakteryzować się kobieta zamierzająca wyjść za księdza. - mówi ks. Grzegorz. - Nie wszędzie są tak tolerancyjni ludzie jak w Cegłowie. W społeczeństwie polskim ksiądz od wieków kojarzy się bowiem z celibatem.
Pożegnałem księdza i udałem się do kościoła rzymsko-katolickiego, by porozmawiać z księdzem Jerzym Chyłą.
Tu brzmi historia
Uciekając szosą lubelską od stołecznego zgiełku, od nowoczesności zawartej w szarych wieżowcach i od spieszących się wiecznie przechodniów - mijamy Kołbiel, Siennicę i zatrzymujemy się w cichej, sennej osadzie. Wiekowe domy, sędziwe drzewa, kamienne uliczki i rynek, na którym krzyżują się szlaki drogowe. Przed wiekami turkotały po nich wozy kupców, trup teatralnych, jarmarcznych straganiarzy. Po drogach kolebały się też karoce i linijki możnej szlachty.
Cebrów tętnił życiem. Znajdowały się w nim karczmy z dwuizbowymi zajazdami, sześć drewnianych studni, dom dla ubogich, gorzelnia i kościół parafialny. Miejscowa ludność trudniła się rzemiosłem, głównie garncarstwem i handlem. Osada swój szybki rozwój zawdzięcza Kapitule Generalnej, która wydała prawo, zatwierdzone przez króla Polski Zygmunta III w 1621, nadajace Cebrowi prawa miejskie i jednocześnie zezwalające organizować dwa razy na tydzień targi i trzy razy do roku jarmarki.
Po latach, gdy zamiast garnków zaczęła ludność wytwarzać z gliny budulec ceglany i drewniane domy zamieniać na murowane, nazwę miasta zmieniono na Cegłów. Pod koniec XIX wieku zaś, car mszcząc się na mieszkańcach za ich udział w powstaniu styczniowym, odebrał prawa miejskie. Obecnie Cegłów jest stolicą gminy w powiecie mińskim.
Lekcja historii
Do Cegłowa przyjechałem w mroźny, ale słoneczny dzień. Była sobota. Nieliczni przechodnie z zainteresowaniem spoglądali na przybysza. Nie przywykli do obcych, a tym bardziej obwieszonych aparatami fotograficznymi. W dzień targowy widzą raczej samochody wypełnione towarami, albo furmanki z prosiakami, czy cielakami w klatkach. Przywykli też do kilku setek pątników, którzy na początku sierpnia zatrzymują się na nocleg w pielgrzymce do Jasnej Góry. Nie bacząc na spojrzenia mieszkańców przemierzałem Cegłów. Co krok natykałem się na zabytek, wart zarejestrowania na kadrze filmu.
Szczególną moją uwagę przykuł kościół. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą z połowy XV wieku, czyli 1444 roku. Jednak swój obecny kształt zawdzięcza biskupowi poznańskiemu, Janowi Latalskiemu, który w 1530 roku drewniany kościółek zastąpił murowanym. Jednak dopiero w XVII wieku kapituła warszawska odrestaurowała świątynię po kolejnych, wojennych zniszczeniach, a biskup Maciej Łubieński poświęcił i wtedy też nadano mu podwójne wezwanie: Św. Jana Chrzciciela i św. Andrzeja Apostoła.
Wysoko na wschodniej, jedynej tynkowanej ścianie prezbiterium znajduje się późnorenesansowy nagrobek kamienny z końca XVI wieku. Jest to epitafium Stanisława Oczki, zmarłego w 1572 roku, wykonane z piaskowca i ufundowane przez jego syna Wojciecha, lekarza królewskiego. Kościół okalają cylindryczne, założone na półkolu szkarpy. Jest to charakterystyczny element architektury kościołów mazowieckich tego okresu. Nad nawą zaś znajduje się barokowa wieżyczka z sygnaturką z XVIII wieku kryta blaszanym hełmem.
Obchodząc kościół natknąłem się na księdza. Zapytał, czy zabytkowa świątynia podoba się, a widząc moje zauroczenie nią, zaprosił do obejrzenia wnętrza.
Nim otworzył masywne drzwi, opowiedział historyjkę, która miała miejsce kilka lat wcześniej, a świadcząca o jego wielkim szacunku do wiekowego kościoła: Do Cegłowa zjechała delegacja przedstawicieli Akademii Nauk. Profesorowie zwyczajni, doktorzy i noszący za nimi teczki magistrowie przybyli obejrzeć 500-letni kościół. Przed wejściem do środka zażartowałem, by naukowcy zdjęli buty. Zaskoczeni patrzyli, gdy sam je ściągam. Nic nie mówiąc więc zdjęli i boso wkroczyli na lśniącą, modrzewiową podłogę. Przeprosiłem ich za ten żart, ale nie gniewali się, uznając bogactwo zabytku za tego godne.
Wnętrze kościoła olśniewa. Nie bogactwem wotów, sznurów korali, obrazami, a wspaniałym ołtarzem. Jest to tryptyk dłuta Lazarusa, ucznia Wita Stwosza, powstały w 1510 roku. Składa się z części głównej i dwóch skrzydeł. W głównej części ołtarza usytuowane są postacie Matki Bożej z Dzieciątkiem, św. Jana Chrzciciela i św. Stanisława.
- Kilka lat temu o ołtarz rozgorzała batalia. - wspomina proboszcz parafii, ksiądz Jerzy Chyła. - Pojawiły się głosy, wzmacniane autorytatywnie przez Jerzego Waldorfa, że mała mieścina nie może zapewnić unikatowemu dziełu odpowiedniej opieki i zabezpieczenia. Po za tym, jak przekonywano, zabytek ukryty w Cegłowie, jest omijany przez turystów. Czyniono starania, by przenieść ołtarz do warszawskiej archikatedry św. Jana. Mieszkańcy Cegłowa oburzyli się. Dzień i noc pilnowali ołtarza, a każdego obcego zbywali. Gmina wyasygnowała 40 dawnych milionów, mieszkańcy się dołożyli i dzięki temu wykonano zabezpieczenie przeciw pożarowe i alarmowe zabezpieczenie. To przekonało zwolenników przeniesienia i ołtarz pozostał. Dzisiaj mieszkańcy, którzy najbliżej mieszkają, mają kościół cały czas na oku.
W kościele, gdzie oko nie padnie, znajdują się zabytki. Oprócz ołtarza głównego znajdują się też cztery inne o charakterze barokowym. Na szczególną uwagę zasługuje też barokowa ambona i zbiór feretronów i relikwii. Zabytki sa też w stodole, do której ksiądz mnie zaprowadził. Zgromadzone są tam ławy, na których siadali w XVII wieku pradziadowie dzisiejszych mieszkańców. Zabytkowa jest też murowana, stuletnia plebania, zawsze otwarta dla przybysza, bo ksiądz Jerzy, hołdujący staropolskiej gościnności, karmi gości ciepłym posiłkiem. Opodal plebani stoi tzw. „Dom sierot”, wzniesiony w 1928 roku, a na cmentarzu przykościelnym znajduje się osiemnastowieczna dzwonnica i stojące tu i ówdzie wiekowe dęby.
Otoczenie kościoła, jak i zwarta osada tchnie dyskretnym majestatem i tajemniczością minionych wieków.
Pęknięty kamień, niczym serce
W 1902 roku doszło w Cegłowie do rozłamu religijnego. Ówczesny proboszcz, ks. Bolesław Wiechowicz przeszedł do wspólnoty mariawitów, a za nim uczyniła to większość parafian. Jedynie dwie rodziny pozostały przy Kościele katolickim. Pod naporem większości musiały oddać świątynię. Wtedy o nią zaczęli walczyć warszawscy kolejarze, którzy budując szlak kolejowy Warszawa - Terespol, kwaterowali w Cegłowie i okolicy. Tłumnie przyjeżdżali co niedzielę do świątyni i uczestniczyli w Mszy św. celebrowanej przez księdza przyjezdnego. W ten sposób przywracali parafii katolickość. Do tej pory miejscowi parafianie uważaja kolejarzy sprzed prawie stu lat za bohaterów i obrońców wiary. Ostatecznie po ekskomunice Piusa X, wielu parafian powróciło na łono Kościoła.
Po odzyskaniu przez katolików świątyni władze kościelne ustanowiły nowego proboszcza, który jednak z uwagi na napięcia międzywyznaniowe, nie mógł przez dłuższy czas zamieszkać w plebani. Dojeżdżał z Mieni. Przez pół wieku mariawici, którzy wybudowali swój kościół, stanowili większość. Struktura wyznaniowa zmieniła się dopiero w latach 70-tych, gdy na terenie Cegłowa i okolic zaczęli osiedlać się przyjezdni, przede wszystkim katolicy.
- I choć w przeszłości Cegłów był świadkiem wielu trudnych sytuacji w relacjach między katolikami i mariawitami, to obecnie jest pełna tolerancji wynikająca z ducha Soboru Watykańskiego II i z wysiłków, jakie są podejmowane w ramach ekumenizmu. - podkreśla ks. Jerzy Chyła.
Potwierdza to ordynariusz diecezji warzsawsko-praskiej, bp Kazimierz Romaniuk, który w protokole z ostatniej wizytacji kanonicznej napisał: Delikatna specyfikacja parafii Cegłów polega na pokojowym współżyciu katolików z mariawitami. Za czasów obecnego proboszcza nie doszło do żadnych konfliktów.
Wierni uczestniczą w liturgii obu Kościołów z racji chrztów, ślubów czy pogrzebów. Dużo jest małżeństw mieszanych. Katolicy i mariawici spotykają się wspólnie podczas uroczystości religijno-patriotycznych, a także podczas poświęceń krzyży i kapliczek. Bywa tak, że jeśli w postawienie kapliczki czy krzyża zaangażowanych było mariawitów, uroczystość rozpoczyna duchowny mariawicki. Jeżeli zaś większe było zaangażowanie ze strony katolików, to ksiądz katolicki.
Przedziwnym symbolem cegłowskiej społeczności jest głaz ustawiony przed kościołem w 550 rocznice powstania parafii katolickiej. W trakcie wykopywania kamienia pękł na dwie, równe części. Mimo to głaz ustawiono, a obie połówki łączy figura Matki Boskiej.
Ksiądz kustoszem
Kanonik, ksiądz Jerzy Chyła w Cegłowie jest proboszczem od ośmiu lat. Od pierwszych dni urzekła go historia cegłowskiej parafii. Zachwycił się nią i mieszkańcami, którzy przepojeni tolerancją, pracowici i piękni w swych uczynkach, chylą głowy przed wielowiekową historią i pozostałymi po niej zabytkami. Od pierwszego dnia swojego tu probostwa postanowił dołączyć do nich i wspólnie strzec przed zapomnieniem i, co gorsza zniszczeniem, pomników ludzkiej sztuki i wysiłku.
Po renowacji ołtarza, co było nie lada wysiłkiem finansowym dla miejscowych parafian i jego zabiegów w Ministerstwie Kultury, postanowił podłodze i drewnianym filarom przywrócić ich pierwotny, naturalny wygląd. Następnie rozpoczął ratowanie murów kościoła. Zamontował więc rynny, które zabezpieczają mury przed zaciekami, a w roku 2002 zespół prof. Wojciecha Nawrota z Wojskowej Akademii Technicznej wykonał izolację poziomą murów metodą iniekcji krystalicznej. W roku 2003 wykonano renowacje tynków i malowanie ścian. Wcześniej ogrodzona została nowa część cmentarza i wykonane dwie bramy cmentarne. Planuje ponadto zmienić nakrycie dachowe z blachy miedzianej na dachówkę, gdyż jak słusznie twierdzi blacha ni jak nie pasuje do gotyckiej architektury.
Ksiądz Jerzy na temat historii zabytków wie wszystko. Bardzo chętnie więc oprowadza każdego, kto tylko zechce po kościele, prowadzi na chór, a nawet na strych świątyni, by pokazać oryginalna więźbę dachową. Kunszt sztuki ciesielskiej z XVII wieku. Pisze ponadto wiersze i pieśni. Jest autorem hymnu Cegłowa, który coraz bardziej staje się popularny, choć jego prawykonanie odbyło się podczas obchodów ubiegłorocznego święta Niepodległości w Cegłowie. Ma on podniosłą, patriotyczna treść i dostojna muzykę, skomponowaną przez Jolantę Kowalczyk, dyrygentkę miejscowego chóru „Cantylena”.
A ponad wszystko ksiądz Chyła, zawsze uśmiechnięty, otwarty i komunikatywny jest dobrym duchem Cegłowa i okolicznych miejscowości, podobnie jak jego kolega ksiądz mariawicki.