Mijały nas samochody, a w nich uśmiechnięci ludzie. Pewnie nie zdawali sobie sprawy, że samochód jadący tuż obok wiezie naszych zabójców. Z przerażeniem spostrzegłem, że kula wyrwała klamkę z drzwi od mojej strony, a samochód zaczął nagle kierować się ku lewej stronie i zatrzymał się na bandzie, przegradzającej autostradę, tracąc zawieszenie.

Mundi wyskoczył i po arabsku krzyczał, że jesteśmy dziennikarzami.Ja chcąc wyjść gramoliłem się odsuwając trzęsącego się ze strachu kierowcę. Nie mogłem się jednak przecisnąć, więc włączyłem tylko kamerę i przez wybitą szybę filmowałem odjeżdżających bandytów. Oni jednak po kilkudziesięciu metrach zawrócili i, jadąc przeciwnym pasem, znów otworzyli do nas ogień z broni maszynowej.

Wydzierający się Mundi nagle zamilkł, a po karoserii samochodu tłukły się, niczym grad, kule. Szczęśliwie dla nas, że bandyci nie wrzucili granatu. Nic by z nas nie zostało - pomyślałem, nie wiedząc jeszcze, że śmierć ponieśli Waldek i Mundi. W pewnym momencie poczułem silne uderzenie w prawe przedramię i z przerażeniem zobaczyłem, że leje się krew, a w ręce mam potężną
wyrwę. Mimo tego nie wypuściłem kamery, która cały czas pracowała.

Ucieczka
Napastnicy, będąc pewni, że zabili nas wszystkich, bo w nasz samochód wystrzelili ponad 150 kul, pojechali w kierunku Bagdadu, oddalonego o około 40 kilometrów. Będąca na poboczu grupka osób podbiegła do nas. Ktoś otworzył drzwi od mojej strony i z jego pomocą wyszedłem, trzymając cały czas kamerę, jakby ona w tej chwili była najważniejsza. Kierowca obiegł samochód i krzyczał, że Mundi nie żyje. Spojrzałem na Waldka i widząc, że ma otwarte oczy, zacząłem do niego mówić, by uciekał, bo za chwilę samochód może się zapalić. On jednak nie żył. Dostał trzy kule w plecy, już podczas pierwszego ataku. Nie było widać krwi na ubraniu, bo jak się okazało kule, wyhamowane przez blachę bagażnika i tylnego siedzenia, zostały w ciele. Sfilmowałem podziurawiony samochód, Mundiego z dziurą w głowie i Waldka. Zrobiłem to machinalnie, typowo zawodowo, bo dokładnie zdawałem sobie sprawę, że filmu nie puszczę nigdzie, gdyż jest zbyt drastyczny i, co tu gadać, bardzo osobisty, bo są na nim moi przyjaciele.

Wsadzono mnie do przygodnego samochodu jadącego w kierunku Bagdadu. Kierowca, chudy, zarośnięty Arab, trząsł się ze strachu i co chwilę nakazywał mi, bym leżał na siedzeniu i nie unosił się. Dowiózł mnie do jakiegoś irackiego szpitala, gdzie jedynie opatrzono mi rękę i karetką zawieziono do amerykańskiej bazy. Wartownicy, bojąc się, że w karetce mogą być ładunki wybuchowe irakijskich band, a ranny cywil, podający się za polskiego dziennikarza, może być tylko podpuchą, wymierzyli do nas z karabinów. Zrobiło mi się ciepło, bo mogli wypalić bez zastanowienia. Oni jednak wezwali swoją karetkę, która podwiozła mnie do amerykańskiego szpitala. Lekarze jednak nie podjęli się operacji. Stwierdzili, że ubytek kości i ciała jest tak duży, że sobie nie poradzą. Helikopter zawiózł mnie do Bagdadu, gdzie operowano mi rękę.
W szpitalu
Nie dane mi jednak było szybko wrócić do Polski. Mimo, że ranny, nikt nie zadbał o mój powrót do domu. Zawieziono mnie na pustynię do polowego szpitala i tam na łóżku nr 8. leżałem do 15 maja. Przeważnie samotnie, bo tych rannych, których zwożono tu przez cały dzień, nocą wywożono. Byłem załamany. Wszyscy opuszczają szpital, a ja tkwię tu nie wiadomo czemu. Ręka zaczynała puchnąć, rwać i śmierdzieć. Nikt zbytnio tym się nie interesował. W końcu zabrano mnie do kraju, gdzie rekonwalescencja trwała długo. Na szczęście mogę trzymać w niej kamerę.
Będąc jeszcze w bagdadzkim szpitalu zadzwoniłem do polskiej ambasady prosząc, by ktoś z pracowników zabezpieczył sprzęt zostawiony w hotelu i przekazał tragiczną wiadomość z wcześniej nakręconym materiałem do publicznej wiadomości, podczas transmisji satelitarnej, która zamówiona była na 18.00 siódmego maja.

„Dziwny jest ten świat”
To był ostatni film, z serii „Dziwny jest ten świat” Waldka Milewicza, ale już bez niego. Osierocił córkę z pierwszego małżeństwa i Agnieszkę, z którą miał w lipcu wziąć ślub. Mundi, jak nazywaliśmy przyjacielsko Mounyra Bouamrane, Polaka algierskiego pochodzenia, zostawił żonę i córkę.
To nie był przypadkowy atak na naszą ekipę i przypadkowa śmierć. To był atak na Waldka, który wielokrotnie podpadł Irakijczykom za pokazywanie prawdy, ukrytej przed światem. Kilkakrotnie przekraczał zieloną granicę i zbierał materiały tam, gdzie nie wpuszczano dziennikarzy. Ktoś zapyta, po co się pchał i narażał. Odpowiedź jest jedna: z dziennikarskiej rzetelności.
Jurek otarł oczy, a usta mu drżały. Nie przerywałem milczenia. - Początkowo nie jeździłem na wojnę - powiedział po chwili Jurek. - Jednak nie dlatego, że bałem się, ale obiecałem żonie i dzieciom. Czas liże rany, więc byłem już w Afganistanie i Kosowie, ale unikam centrum działań wojennych. Z drugiej jednak strony trudno przewidzieć, gdzie akurat będą się toczyć wojenne potyczki.
Może akurat tam, gdzie właśnie kręcimy materiał?

fotografie pochodzą z materiałów filmowych udostępnionych dzięki życzliwości Jerzego Ernsta.
Przeczytaj także: / Taśmy śmierci /1/ - Nie tylko “Taśmy śmierci” /3/
Brak komentarzy.