Nie powiedzieli, że jadą filmować wojnę. Swoim najbliższym oznajmili, że lecą do Jordanii. Tam jednak przesiedli się, by wylądować w Bagdadzie, gdzie opodal trwa zaciekła wojna… Waldek nie chciał martwić narzeczonej, Jurek chorej na serce matki, a Mundi żony i córki. Z tej reporterskiej wyprawy wojennej wrócił tylko operator.
- Minęły cztery lata, a wydaje mi się, jakby to było wczoraj – wspomina Jerzy Ernst, operator Waldka Milewicza, reportera działu zagranicznego TVP. – Telefon od Waldka odebrałem w szpitalu, gdzie mama czekała na operację serca. Stojąc nad jej łóżkiem powiedziałem, że na dzień lecę do Jordanii. Nie chciałem jej martwić, że będę filmował wojnę w Iraku – wspomina Jurek, ocierając oczy, choć od tamtych tragicznych zdarzeń minęły, 7 maja, cztery lata. – Ten wyjazd nie przerażał mnie. Był w założeniach podobny do wielu innych, jakie odbyliśmy z Waldkiem wcześniej. Wojna w Czeczenii, Kosowie, Afganistanie i kilkakrotnie w Iraku. Chleb powszedni. Przez telefon powiedział: „Zbieraj się! Jutro lecimy!” Spakowałem kamerę, statyw, lampy i 6 maja stawiłem się z paszportem w sali odpraw na Okęciu.
Jordania
Wylądowaliśmy w Jordanii, jak każdy z nas obiecał rodzinie, skąd za trzy godziny polecieliśmy do Bagdadu. Czekał już na nas zaufany Irakijczyk, Atir, który zawiózł nas do hotelu, gdzie rozpakowaliśmy graty, zjedliśmy kolację i z dziennikarzami z całego świata do późna w nocy gadaliśmy o „dupie Marynie”. Rano wsiedliśmy do samochodu Atira i po przekroczeniu kordonu pilnujących hotel żołnierzy amerykańskich i policji irakijskiej, w dobrym nastroju jechaliśmy robić kolejny materiał z serii „Dziwny jest ten świat” dla polskiej telewizji. Nic nie zapowiadało tragedii, choć śniło mi się, że mama okrywa mnie płaszczem i gładzi po głowie. W samochodzie Waldek, siedzący za mną, opowiadał dowcipy, a Mundi rechotał. Ja, siedząc obok kierowcy i trzymając gotową do kręcenia kamerę na kolanach, oglądałem przez szybę drogę, wyszukując wojennych obrazów.
Chcą nas zabić
Raptem usłyszałem strzały i nim zdążyłem się zorientować w sytuacji, kierowca leżał już na moich kolanach, a przednia szyba rozprysła się kłując twarz i ubranie. Machinalnie włączyłem kamerę, by sfilmować akcję. Z tyłu usłyszałem krzyk Mundiego, ale baczyłem na drogę, bo samochód nie kontrolowany przez kierowcę, zjeżdżał niebezpiecznie do rowu. Odwróciłem się na moment. Waldek siedzi, a Mundi coś krzyczy po arabsku wychylając głowę przez uchylone okno. Szturchałem kierowcę, nie zdając sobie sprawy, że celem ataku bandytów irakijskich jesteśmy my. Dotarło to do mnie, gdy zobaczyłem w szybie od strony kierowcy, że z samochodu strzelają do nas i kule, rozbijając szkło, przelatują obok mnie. Napastnicy byli na tyle blisko, że słyszałem szczęk magazynków i widziałem złowrogie ich spojrzenia. Zrozumiałem wtedy, że chcą nas zabić.
Początek tragedii
Mijały nas samochody, a w nich uśmiechnięci ludzie. Pewnie nie zdawali sobie sprawy, że samochód jadący tuż obok wiezie naszych zabójców. Z przerażeniem spostrzegłem, że kula wyrwała klamkę z drzwi od mojej strony, a samochód zaczął nagle kierować się ku lewej stronie i zatrzymał się na bandzie, przegradzającej autostradę, tracąc zawieszenie. Mundi wyskoczył i po arabsku krzyczał, że jesteśmy dziennikarzami. Ja chcąc wyjść gramoliłem się odsuwając trzęsącego się ze strachu kierowcę…

Dalszy ciąg za tydzień…
fot. Janusz Maciejowski
Przeczytaj także: / Taśmy śmierci /2/ - Nie tylko “Taśmy śmierci” /3/
Brak komentarzy.