MAGAZYN REPORTERSKI | WYDARZENIA | REPORTAŻ | PUBLICYSTYKA | PREZENTACJEMaj/Czerwiec 2012 nr 5/6 (62/63)

Ciężar mesjasza

Zastanawialiście się kiedyś, jakimi ludźmi byliby teraz bohaterowie naszej młodości. Ci, którzy przedwcześnie odeszli? Kim byłby dzisiaj Jim Morrison, legendarny lider „The Doors”?

Miałby 69 lat. Może byłby statecznym gentlemanem, zaganianym jak większość nas i szukającym ukojenia w pasji tworzenia. Może grałby w golfa lub uganiał się za małolatami, dla których kiedyś grał, a może otworzyłby drzwi kariery dla innych i założyłby wytwórnię fonograficzną. A może, gdyby przeżył tę noc w Paryżu, 3 lipca 1971 r., dziś, podobnie jak Eric Clapton, przestrzegałby młodych ludzi przed alkoholem i narkotykami. Wszak zmarł od przedawkowania heroiny.

O Jimie napisano już tak wiele, że każda kolejna opowieść jest już tylko kolejną „amerykańską modlitwą”, których on sam pozostawił tak wiele. Legendą był już za życia, zmieniał i kształtował postawy jemu współczesnych.

W 1965 roku na kalifornijskiej plaży, gdy przechadzał się wraz z Rayem Manzarkiem, powiedział: „załóżmy zespół i zaróbmy milion dolarów”. Wiedział, że jego życie jest, jak to obecnie się mówi, nakierowane na sukces.

Tak powstał „The Doors” grający „bluesy od początku świata”, mający swoje pełne buntu i grozy niepowtarzalne brzmienie, przed którym otwierały się nie tylko drzwi wytwórni płytowych, ale dusze i serca wiernych. A Jim był prorokiem nowego ładu, mesjaszem wolności, dzieckiem, które wyrwało się ze szponów ojca - dyktatora, emerytowanego żołnierza, w czasie, gdy wojna w Wietnamie pochłaniała i wyniszczała tysiące młodych istnień. Jim umiał zadbać o swój PR. Umieścił się w krainie indiańskich baśni, mówił o sobie „jestem Królem Jaszczurem” i tworzył wokół siebie atmosferę mistycyzmu.

Nie był zwykłym muzykiem, a odróżniał się od pozostałych nieprzeciętną inteligencją i nadwrażliwością, która zawsze stawiała go pomiędzy światem realnym a marzeniami tych, dla których grał. Całe jego życie zamieniło się w jedno wielkie teatralne widowisko, w którym bohater musiał być tragiczny, nigdy niepogodzony z zastanym porządkiem.

Paradoksalnie, nie godząc się z systemem, nie podporządkowując się modom, stawał się coraz bardziej popularny. Był przy tym za młody, aby temu sprostać. Nie był przygotowany na bycie bożyszczem tłumów. Stąd jego ucieczki w alkohol i narkotyki, by nie dać się wciągnąć tej zabójczej maszynie, jaką był show biznes.

Jimowi, gdy po raz pierwszy wszedł z zespołem do studia, wydawało się, że rynek przyjmie płytę taką, jaka była jej autorska wizja. Gdy otworzyły się drzwi, zaczęły się schody, kompromisy, skracanie wersji, wycinanie tekstów, a przy tym coraz większy stres dla Jima. „Light My Fire” - drugi singiel stał się bardzo szybko przebojem, ale podczas jego nagrywania skrócono instrumentalne partie solowe.

Pierwszy long play, zatytułowany „The Doors” / 1967 / z utworem „The End”, który stał się hymnem młodzieży i bodajże jednym z najbardziej znanych utworów muzycznych na świecie, był jednocześnie osobistym wyznaniem Jima, kontrowersyjnym i tragicznym. Opowiadał w nim o nienawiści do ojca, o niestabilności uczuć, o kruchości wszystkiego, co kochał. To antymodlitwa, w której jest antymesjaszem i nie obiecuje raju. W „The End” Jim nie opowiada żadnej historii, on przepowiada koniec świata ideałów, w którym dla niego nie ma miejsca.

Druga płyta „Strange Days”/1967 /, choć spokojniejsza i bardziej klimatyczna, dała Morrisonowi tytuł „szamana rocka”. Ale był to jednocześnie początek końca. Jim coraz częściej miewał problemy z alkoholem i narkotykami, stawał się nieznośny dla reszty zespołu, praca z nim była pasmem niekończących się obietnic i kompromisów dla obydwu stron. Żadne nigdy nie zostały spełnione. Jim już wiedział, że kiedyś nadejdzie ten ostatni dzień. Ale też coraz bardziej stawał się legendą i o tym też wiedział. „Gdy moje ciało obróci się w proch, moje życie będzie już legendą” - mówił, ale też bał się tego, bał się siebie - „Obudziłem się rano i wziąłem sobie piwo, przyszłość jest tak niepewna, a koniec zawsze bliski”.

W 1968 roku, gdy zespół pracował nad „Waiting For the Sun” z Jimem było coraz gorzej. Miał problemy już także z prawem, coraz częstsze były skandale z jego udziałem. We wrześniu tegoż roku odwołano koncert w Amsterdamie z powodu zapaści lidera w wyniku interakcji haszyszu z alkoholem. „Soft Parade” / 1969 / była swoistą paradą, która wiodła „Króla Jaszczurów” na dno. To publiczne obnażania się i masturbacje na scenie, Jim tracił kontrolę nad swoim życiem. Płyta nie odniosła sukcesu, zespół powoli myślał o rozstaniu się z front manem. To była już agonia, która, na chwilę przerwał rok 1970 i płyta „Morrison Hotel”. Miała to być zmiana, Jim czekał na szansę, a być może na cud. Ostatnia płyta „L.A. Woman” została zakończona już bez jego udziału. W marcu 1971 roku, za namową zespołu, wspólnie z Pamelą Courson wyjechał do Paryża, aby podleczyć się i odpocząć.

Pamelę celowo zostawiłem na koniec mojej gawędy. Była najważniejszą osobą w jego życiu, jedyną, która zawsze mu wybaczała, a której miłości on nigdy nie doceniał. Była zdradzana, odrzucana, ale Jim zawsze wiedział, że do niej może wrócić. Może dlatego czuła się kochana, a może Jim nie umiał kochać i dlatego tak bardzo kochali jego?

Morrison był człowiekiem pełnym kompleksów i wewnętrznych sprzeczności, ale właśnie dlatego był tak bliski pokoleniu burzliwej końcówki lat osiemdziesiątych. Te mroczne, wyniszczające czasy, polityczne afery, wyniszczająca wojna w Wietnamie. Młodzi ludzie potrzebowali ikony, która będzie filarem ich pragnień i wyrazem buntu. Jim doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Ale także nie przestawał być sobą. Czy wiedział, że tak duży ciężar i obowiązek spoczywał na nim, tego nie dowiemy się nigdy, ale jedno jest pewne - ten bagaż z roku na rok przygniatał go tak bardzo, że wszelkie ucieczki i „oczekiwanie na słońce” były drogą, przy której czekał koniec. A wszędzie z nim była Pam, tak bardzo oddana, kochająca i wierna, pomimo tych wszystkich cierpień, jakie godziła się dla niego doświadczać. To dla tej miłości poświęciła siebie. Można jej zarzucić okłamywanie świata, gdy nie chciała opowiedzieć prawdy o okolicznościach śmierci swojego ukochanego, ale - paradoksalnie - w tym kłamstwie jest prawda o całkowitym oddaniu i zagubieniu. Ta historia ich miłości, choć tak niezdrowej i wyniszczającej jest niemalże pomnikiem uczuć, emocji całego pokolenia buntu.

Często zastanawiałem się, jakim byliby małżeństwem, jak potoczyłyby się ich losy. Może skończyliby bardziej tragicznie, a może dorośliby do siebie i pogodzili się ze światem. A może teraz mieliby kilkoro dzieci, posiadłość z muzeum etnograficznym, gdzie pan Morrison opowiadałby o wierzeniach Indian, o których śpiewał.

Czasem ich widzę w podobnych historiach, choćby naszego Ryśka Riedla i jego ukochaną Golę.
Ci wszyscy zbuntowani i skłóceni ze światem artyści mają jedną wspólna cechę - umierają tylko fizycznie, ale tworzą wieczność. To w nich tkwi zagadka nieśmiertelności. Gdy umiera człowiek, staje się lżejszy o 21 gramów. Podobno to ciężar duszy.

 

Artykuł ukazał się także w „Gentleman” nr 4/ 2008


Komentarze

Brak komentarzy.
Napisz komentarz

Imię/pseudonim:


Treść komentarza:
cry tongue sad sleepy mad biggrin confused cool smile happy suprised drool


Kod z obrazka:
Przepisz dwa słowa z obrazka w pole pod nim (bez spacji między wyrazami).

Zapowiedzi

katalog stron Statystyki, katalog stron www, dobre strony internetowe Bookmark and Share dodajdo.com dodajdo.com
więcej »  Komentarzy: 0

Reklama

















Odwiedź Nasz Profil na PlanujemyWesele.pl

więcej »  Komentarzy: 0

REDAKCJA

Redaktor Naczelny:
Janusz Maciejowski
tel. 0-
503670896
e-mail: j.maciejowski@nlt.media.pl

Redaktor Techniczny:
Andrzej Juliusz Gąsowski
e-mail: andgasow@o2.pl


Współpraca:
Krystyn Fok
Andrzej Kamiński
Konrad Koczywąs



Wydawca:
MidMedia
ul. Konopnickiej 8/5
05-400 Otwock


ISSN: 1899-5512
Rejestr dzienników i czasopism nr: III Ns rej. Pr 695/08 (Sąd Okręgowy Warszawa Praga)



Copyright © 2009 New Light Times
designed by Michał Browarski